Andrzej Duda jeszcze podczas kampanii wyborczej wielokrotnie sugerował, że chce przejść do historii jako kontynuator polityki Lecha Kaczyńskiego. Jego pierwsza wizyta w Tallinie i dość silne rozłożenie akcentów politycznych na terenie Europy Środkowo-Wschodniej pokazują, że prezydent Duda rzeczywiście celuje wysoko. Ale czy to właśnie nie zbyt wysoko postawiona poprzeczka jak na polityka, który prawie nigdy w swojej karierze nie zajmował się realną dyplomacją?

Trudne czasy dla Europy

Wychowanek Jarosława Kaczyńskiego musi pamiętać, że poprowadzi polską politykę zagraniczną w dużo trudniejszych i w pewnym sensie mniej oczywistych czasach. Warto zaznaczyć, że dziś już właściwie żadne z państw wchodzących w skład Grupy Wyszehradzkiej nie zamierza kontynuować dawnego formatu, a przyszłość Unii Europejskiej nie jest też tak jasna jak jeszcze kilka lat temu. Obarczanie winą za tę sytuację rządu czy prezydenta Bronisława Komorowskiego jest chyba małym nadużyciem. Wystarczy przyjrzeć się na przykład polityce zagranicznej Orbana, by wywnioskować, że z Polską raczej nie będzie mu po drodze. A w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz.

Siła nie jest argumentem

Eurosceptyczny #Andrzej Duda może też w kilku ważnych dla Polski sprawach przywieźć czarną polewkę z Brukseli (o ile tam się wybierze, bo jak na razie stolica UE nie pojawiła się na mapie podróży prezydenta), Berlina i zza Atlantyku. Na unijnych szczytach atmosfera z każdym kolejnym spotkaniem jest coraz gorętsza (Grexit, Brexit, konflikt na Ukrainie), a przywódcy państw UE wiedzą, że polskie interesy mogą tę temperaturę jeszcze podnieść. To przecież nie tajemnica, że i dla Brukseli, i dla Waszyngtonu pomysł wzmocnienia wschodniej flanki NATO nie jest, delikatnie mówiąc, priorytetem.

Do zmiany zdania w sprawie stałych baz USA w Polsce oraz miejsca przy symbolicznym stole rozmów o przyszłości Ukrainy najtrudniej będzie przekonać Niemców (chociaż sam Poroszenko też jest wyraźnie sceptyczny wobec tego pomysłu). Dlatego też prezydent Duda powinien za wszelką cenę zadbać o prowadzenie polityki zagranicznej raczej w zaciszu gabinetu, a nie – jak miało to miejsce ostatnio – za pośrednictwem mediów. Ten drugi sposób jest najzwyczajniej nieskuteczny, a zamiast wznowienia europejskich rozmów o konflikcie na Ukrainie, przyniósł jednoznaczną odpowiedź: nie chcemy przy tym stoliku Polski. Prezydent Duda musi pamiętać, że jedynym skutecznym argumentem w dyplomacji jest siła argumentu, a nie argument siły (w tym przypadku przebicia).

Prezydent jeszcze raczkuje

Na arenie międzynarodowej prezydent Andrzej Duda jeszcze raczkuje. Ale życzmy mu jak najlepiej, bo to w naszym, Polaków, interesie. Wszystkich Polaków, bez wyjątku. I w interesie tzw. prawilniaków, i lewaków, i redaktora Tomasza Lisa, i braci Karnowskich. Pierwsze koty za płoty. Początek polityki zagranicznej nowego prezydenta nie był ani najgorszy, ani najlepszy. Miejmy nadzieję, że dla Dudy ważniejszym celem niż powielanie prezydentury Kaczyńskiego będzie stabilna pozycja Polski w bezpiecznej Europie. Bo sytuacja w Europie jest dziś naprawdę zupełnie inna niż 10 lat temu. Niestety na naszą niekorzyść.

Źródło: pl.blastingnews.com #Bronisław Komorowski #polityka zagraniczna