W dniu 12 czerwca frankowicze zorganizowali przed Sejmem pikietę, domagając się zmian w systemie finansowym naszego kraju. Ich głównym postulatem jest przewalutowanie toksycznych kredytów po kursie w dniach ich zaciągnięcia. Liderzy protestu, Tomasz Sadlik oraz Mariusz Zając zapowiedzieli zorganizowanie partii politycznej, która wystartuje w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Jaki jest ciężar obsługi całkowitego długu Polski?

Łączna wartość kredytów frankowych jest szacowana na około 140 miliardów złotych. Kwota ta stanowi około 15% całkowitego zadłużenia sektora prywatnego wynoszącego 926 miliardów złotych oraz około 23% zadłużenia osób fizycznych o wartości 619 miliardów złotych.

Dług publiczny Polski jest szacowany na około 1120 miliardów złotych. Suma obu zadłużeń: publicznego oraz prywatnego, wynosi więc około 2040 miliardów złotych i stanowi 118% PKB. Oznacza to, że nasze społeczeństwo żyje na kredyt. Więcej konsumuje, niż wytwarza.

Z europejskiego punktu widzenia jesteśmy jednak krajem o niskiej stopie zadłużenia. Państwa Strefy Euro posiadają całkowity dług przekraczający 200% PKB. To standard w Europie.

Niestety, spoglądanie na poziom zadłużenia w stosunku do PKB wywołuje iluzję statystyczną. Jeśli ma się dług, to nie spłaca się go punktami PKB, lecz gotówką, czyli oszczędnościami. Jeśli wziąłem kredyt, to muszę zaoszczędzić na jego spłatę. Innymi słowy, powinienem mieć zdeponowane pieniądze na jego spłatę: w banku lub w słoiku zakopanym na działce.

Okazuje się, że posiadamy jeden z najwyższych w Unii Europejskiej wskaźników ciężaru długu, rozumianego jako roczna wartość obsługi odsetkowej długu publicznego w stosunku do całkowitej wartości depozytów (zarówno sektora prywatnego jak i publicznego).

Eurostat nie podaje statystyk dotyczących ciężaru długu. Powody tego faktu są oczywiste. Wskaźnik ten określa bowiem to, w jakim stopniu obywatele danego kraju muszą partycypować w spłacie obsługi długu państwa. Mówiąc kolokwialnie, wskaźnik jego ciężaru pokazuje to, w jakim stopniu rządzący politycy "doją" obywateli.

Dla Polski wskaźnik ciężaru zadłużenia jest wyższy od wartości tego parametru dla Portugalii, Włoch, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii, a więc państw w Unii o najwyższym stopniu zadłużenia w stosunku do PKB. Państwo polskie wymusza na swoich obywatelach o wiele większe wyrzeczenia przy spłacie długu publicznego, niż wymienione wyżej kraje.

Czy czeka nas wojna z bankami?

Mamy jedne z najwyższych stóp procentowych kredytów w Europie. Spłacając nasze prywatne długi nie jesteśmy w stanie generować konsumpcji powodującej dynamiczny wzrost gospodarczy. Dlaczego taki stan rzeczy jest utrzymywany, skoro szkodzi on rozwojowi gospodarczemu?

Banki odprowadziły 4 miliardy złotych do budżetu państwa z tytułu podatków od zysków za 2014 rok. Oznacza to, że sektor finansowy dostarcza prawie 10% gotówki wymaganej do obsługi długu publicznego kraju, wypłacanego zagranicznym wierzycielom. Jeśli doda się do tego zysk budżetu państwa czerpany z tytułu podatku PIT z wynagrodzeń około 125 tysięcy pracowników w bankach, zarabiających średnio 5.5 tysięcy złotych miesięcznie, to okaże się, że same banki dostarczają państwu około 8 miliardów złotych. Daje to około 20% kwoty wymaganej do obsługi naszego długu.

Frankowicze postulują przewalutowanie swoich kredytów. Koszt tej operacji miałby wynieść około 30 miliardów złotych. Banki nie mogłyby przez co najmniej dwa lub trzy lata generować zysków. W związku z tym państwo polskie przestałoby być wiarygodne na rynkach finansowych. Ciężar zadłużenia wzrósłby jeszcze bardziej.

W tej sytuacji politycy wszystko zrobią, aby nie dopuścić do rozwiązania problemu kredytów frankowych zgodnie z interesem poszkodowanych frankowiczów. Obecny rząd mówi to wprost. Z kolei politycy, którzy zwyciężyli w kampanii prezydenckiej: Duda oraz Kukiz, przestali wypowiadać się w kwestii "szwajcarskiego numeru". Komitety Kukiza nie zbierają podpisów pod petycją o uchwalenie przez Sejm ustawy umożliwiającej operację przewalutowania "szwajcarskich kredytów".

Liderzy ruchu "anty-banksterskiego", Sadlik i Zając, będą więc zmuszeni do zorganizowania partii politycznej, która wystartuje w wyborach do Sejmu. Ich obecne postulaty już wykraczają poza partykularny interes kredytobiorców frankowych. Domagają się bowiem zmian w sektorze bankowym w Polsce tak, aby służył on gospodarce, a nie drenażowi kraju z kapitału przez zachodnie instytucje finansowe.

Umiędzynarodowienie "szwajcarskiego numeru"

Żaden rząd, ani obecny ani przyszły, nie jest i nie będzie w stanie samodzielnie rozwiązać problemu frankowiczów. Kredytobiorcy mają prawo domagać się przewalutowania, gdyż zostali "wkręceni" w kryminalną praktykę banków. Koszty przewalutowania są jednakże druzgocące dla gospodarki, gdyż Polska stanie się Grecją niezdolną do spłaty swojego zadłużenia w razie uruchomienia tej operacji.

Obowiązkiem obecnych i przyszłych władz jest  więc zwrócenie się do Europejskiego Banku Centralnego o uruchomienie części środków z planu ilościowego luzowania (QE). EBC może rozpocząć skupowanie nisko oprocentowanych (w granicach 0%), długoterminowych, na okres co najmniej 20 lat, obligacji banków działających w Polsce w celu amortyzacji strat, jakie poniosłyby one w związku z przewalutowaniem kredytów frankowych. Wartość tych obligacji musiałaby opiewać na około 30 miliardów złotych, czyli mniej niż 10 miliardów euro.

Polscy politycy powinni, jak grecki premier Tsipras, postawić unijnych bankierów pod ścianą. Ostatecznie to oni są odpowiedzialni za "szwajcarski przekręt". Odmawiając polskim bankom pomocy, EBC wygeneruje o wiele poważniejszy kryzys finansowy niż ten, który powodowany jest przez stan finansów Grecji. Polska posiada dwa razy wyższe PKB niż kraj Platona i Arystotelesa. Jest za duża, aby upaść.

Źrodła: dane NBP, dane CIA -The World Factbook, Money.pl - Frankowicze chcą dobić PO i zdobyć Sejm #finanse publiczne #frank szwajcarski #Grecja