34-letni mężczyzna próbował zaatakować Bronisława Komorowskiego podczas jego oficjalnej wizyty w Toruniu. Napastnik próbował rzucić się na prezydenta, kiedy ten wysiadał z limuzyny. Dzięki szybkiej akcji funkcjonariuszy BOR-u prezydenta udało się uchronić przed atakiem. Według najnowszych informacji mężczyzna jest dobrze znany policji. Był już wcześniej notowany jako podejrzany o popełnienie przestępstw. Ostatnia notatka policji na jego temat pochodzi z 2007 r.

"To próba zamachu"

Sytuacja ze spotkania w Toruniu była na tyle poważna, że Biuro Ochrony Rządu nazwało ja "próbą zamachu" na głowę państwa. Sama sprawa będzie miała dalszy ciąg i będzie sprawdzana tuż po zakończeniu drugiej tury wyborów prezydenckich. Samo wydarzenie miało miejsce przed południem na Rynku Staromiejskim w Toruniu. Wejście do budynku, w którym miał się odbyć więc z udziałem prezydenta było od rana obstawione przez sympatyków jego kontrkandydata, Andrzeja Dudy. Ochrona prezydenta zdecydowała więc, że #Bronisław Komorowski skorzysta z innego wejścia. W chwili, gdy prezydent wysiadł z limuzyny i udał się do wejścia w jego kierunku podbiegł 34-letni mężczyzna i próbował go uderzyć. Ochronie prezydenta udało się jednak w porę go uchwycić i odciągnąć od głowy państwa.

Bogata kartoteka

Kilka godzin po zdarzeniu przedstawiciele policji podali dane napastnika. Okazało się, że jest nim pochodzący z Torunia 34-letni Remigiusz D. Tuż po jego zatrzymaniu mężczyzna trafił na przesłuchanie w toruńskiej Prokuraturze Rejonowej Centrum Zachód. Napastnik był bardzo agresywny i po jego zatrzymaniu naruszył nietykalność cielesną jednego z funkcjonariuszy. Dlatego najprawdopodobniej usłyszy też zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza policji.

Według śledczych mężczyzna ma już bogatą kartotekę policyjną. Był już wcześniej notowany za napaść na policjanta, groźby karalne i uszkodzenie mienia. Rzecznik policji, insp. Mariusz Sokołowski powiedział na antenie TVN24, że w trakcie zdarzenia 34-latek biegł w kierunku prezydenta. Po jego zatrzymaniu przez ochronę BOR nadal stawiał opór i wdał się z szarpaninę z funkcjonariuszami.

Wcześniej pojawiały się informacje, że mężczyzna jest jednym z członków ruchu pro-life, który zorganizował demonstrację przed wejściem na spotkanie z Komorowskim. Przedstawiciele organizacji, która zorganizowała więc w Toruniu twierdzą, że napastnik nie jest ich działaczem. Przed wiecem pobrał natomiast ulotki antyaborcyjne i chciał je wręczyć prezydentowi. Działacze przyznają jednak, że ten sam mężczyzna pojawiał się wcześniej na organizowanych przez nich spotkaniach. "Tak samo jak potępiamy zabójstwo dzieci nienarodzonych, potępiamy wszelką przemoc w debacie publicznej" - oświadczyli po zdarzeniu przedstawiciele organizacji pro-life.

PiS; Będzie pozew w trybie wyborczym

Zdarzenie z wiecu w Toruniu odbiło się szerokim echem wśród przedstawicieli sztabów obu kandydatów. Do sprawy prawie natychmiast ustosunkował się Rafał Grupiński, szef klubu parlamentarnego PO. Jego zdaniem za zdarzenie odpowiedzialni są przedstawiciele sztabu Andrzeja Dudy. Grupiński stwierdził, że w ostatnim dniu kampanii emocje i agresja słowna przekształcają się w agresję fizyczną skierowaną przeciw głowie państwa i jej zwolennikom. Szef klubu PO zaapelował też do sztabu Dudy, aby ten zdecydowanie zareagował na tego typu zachowania wymierzone w swojego kontrkandydata.

Słowa Grupińskiego spotkały się z ostrą reakcją przedstawicieli PiS i sztabu Andrzeja Dudy. Zapowiedzieli oni, że zamierzają w trybie wyborczym pozwać Grupińskiego za sugerowanie związków pomiędzy Andrzejem Dudą a napastnikiem z Torunia.

Sprawę skomentował Joachim Brudziński z PiS. " Nie można dopuścić, aby w demokratycznym państwie były dopuszczalne tego typu insynuacje i tego typu metody - powiedział polityk PiS. Według niego szef klubu partii będącej zapleczem Bronisława Komorowskiego stosował tego typu kłamstwa, które radykalnie obniżają poziom polskiej debaty publicznej.




#wybory prezydenckie #Andrzej Duda