Po czwartkowych wyborach w Wielkiej Brytanii doszło do prawdziwego trzęsienia ziemi na scenie politycznej. David Cameron odniósł spektakularne zwycięstwo i w zaledwie cztery dni po głosowaniu ogłosił skład nowego rządu. Jednak ciekawsze wydaje się to, co wydarzyło się wśród przegranych. Aż trzech przewodniczących pożegnało się ze swoimi stanowiskami.

Ed Miliband najbardziej odczuł wyborczą przegraną. Przewodniczący Partii Pracy liczył, że po pięciu latach rządów Konserwatystów, znudzeni Cameronem Brytyjczycy nie zdecydują się powierzyć mu funkcji premiera na kolejną kadencję. Jednak to właśnie Torysi wygrali i aż do 2020 roku będą decydować o kierunku rozwoju Zjednoczonego Królestwa. Miliband zachował się honorowo i ustąpił ze stanowiska. Podobnie postąpił Nick Clegg, były już przewodniczący Liberalnych Demokratów.

Miał odejść, ale zmienił zdanie

Na taki sam ruch zdecydował się Nigel Farage. Europoseł uznał, że skoro nie udało się mu zdobyć mandatu w brytyjskim parlamencie, a jego partia wprowadziła jedynie dwóch reprezentantów do Izby Gmin, kierownictwo partii musi się zmienić. Farage oddał się do dyspozycji zarządu UKIP.

Decyzja polityka ucieszyła głównie imigrantów, bo to na nich skupiała się krytyka Farage'a. Przewodniczący UKIP bezustannie zarzucał osobom spoza Wielkiej Brytanii odpowiedzialność za kryzys gospodarczy, korki na drogach, niski poziom szkolnictwa... Można tak wymieniać bez końca. Jego rezygnacja mogła oznaczać zmianę kursu UKIP w stronę partii, która zamiast zajmować się krytyką, szukałaby sposobów na poprawę sytuacji na Wyspach. Niestety, Nigel Farage nie odejdzie z kierownictwa partii, co oznacza, że nadal możemy spodziewać się ataków na imigrantów, w tym tych z Polski.

Farage zostaje na stanowisku

Polityk tłumaczy się, że zostaje tylko dlatego, że kierownictwo UKIP odrzuciło jego prośbę o rezygnację ze stanowiska przewodniczącego. Komitet wykonawczy partii wydał oświadczenie, w którym chwali Farage'a za kampanię wyborczą: "Walczyliśmy o zwycięstwo, opierając swoje działania na dobrze dobranych hasłach. Musieliśmy poradzić sobie z ostrymi atakami, ale mimo to dostaliśmy aż cztery miliony głosów. To był wielki sukces" - cytuje Daily Express.

Nigel Farage przekonuje, że nie miał wyboru i musiał pozostać na stanowisku. Wspierany przez kierownictwo partii przewodniczący już zapowiedział, że będzie kontynuował walkę z imigracyjną polityką rządu. Zdaniem niedoszłego parlamentarzysty, na Wyspach jest zbyt wielu obcokrajowców, dlatego zamierza wpłynąć na ograniczenie liczby osób spoza Wysp, które mają prawo do pobytu w Wielkiej Brytanii. #wybory parlamentarne #Wyspy Brytyjskie #David Cameron