Wbrew wcześniejszym zapowiedziom w debacie wzięli udział wszyscy kandydaci z wyjątkiem urzędującego prezydenta. #Paweł Kukiz, który odgrażał się, że jeśli ma debacie nie będzie 11 stanowisk (1 puste dla Komorowskiego) to w debacie udziału nie weźmie. Ostatecznie pokusił się on jednak na przyniesienie do studia rozkładanego krzesełka, aby prezydent "był obecny duchem". Magdalena Ogórek również w debacie wystąpiła - jak było słychać, choć nie bez potknięć - zdążyła nauczyć się na pamięć kilku formułek. Generalnie uczestnicy dzielili się na tych, którzy mówili z pamięci/czytali z kartki oraz na tych, którzy mieli coś do powiedzenia od siebie. Andrzej Duda, który wedle sondaży ma największe szanse na wejście do drugiej tury, na tle pozostałych kandydatów wypadł nijako. Ot proste, populistyczne hasła, z nienaturalną recytacją. Bez żadnych niespodzianek, rekwizytów, polemik. Potwierdził tym samym tezę Adama Hoffmana, który uważa że PiS popełniło błąd kreując Dudę na mamisynka.

Najgorzej wypadła w debacie Magdalena Ogórek. Jej sztab zrobiłby dużo lepiej, gdyby zamiast niej posłał na stanowisko odtwarzacz z nagranymi odpowiedziami na pytania - wówczas telewidz nie odniósłby wrażenia, że była tam za karę.

Podupadający Janusz Palikot, dość niezdarnie próbował nakreślić podział: ja - postępowiec i oni - konserwy. Nie omieszkał również operować kłamstwem, jakoby Janusz Korwin-Mikke chciał powołać na króla Polski... prymasa. Ten nigdy jednak takiego stanowiska nie głosił (co zresztą sam skonstatował, stwierdzając że "ten człowiek zwariował").

Adam Jarubas to duplikat Andrzeja Dudy, tylko z inną wariacją pustosłowia. Brak polemik, sztuczne zachowanie, bezpłciowość. Trochę bardziej wyrazisty był Paweł Tanajno, u którego charakterystyczne było zwracanie się do widzów per Ty, co mogło budzić zdziwienie szczególnie wśród starszej części telewidzów. Konsekwentnie bronił on idei demokracji bezpośredniej dodając, że jest menadżerem i dlatego powinno się postawić właśnie na niego.

Marian Kowalski wypadł cokolwiek dziwnie (choć naturalnie). W swoich wypowiedziach był konsekwentny i zbieżny ze stanowiskiem Ruchu Narodowego. Jego ostatni, spontaniczny zwrot "czołem wielkiej Polsce" nie brzmiał jak wypowiedź kandydata na urząd prezydenta lecz jak... kibica.

Zupełnie niemrawo wypadł Jacek Wilk. Doszło nawet do tego, że o jego pozostałe 6 sekund upominał się... zwalczany przez niego Janusz Korwin-Mikke. Zasadniczo nie różnił się on w treści prawie niczym od lidera partii KORWiN. Co się zaś tyczy formy Wilkowi brakło pazura, którym porwał by publiczność.

Nieco chaotyczne były wypowiedzi Pawła Kukiza. Zdążył on stwierdzić, że po wprowadzeniu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych przyjdzie czas na rozmowy o monarchii. Nieco dalej stwierdził, że... jest przeciwnikiem dyktatur. Tonacja i przekonanie o słuszności tego, co mówi na pewno jednak utwierdziły jego wizerunek naturalnego antysystemowca.

"Posadźmy zdrajców stanu - Komorowskiego, Tuska do więzienia"

Z pewnością sztabowcy Andrzeja Dudy nie byli zadowoleni z obecności na debacie Grzegorza Brauna, który zna prawdziwą historię Gwiezdnych Wojen. Gra on, bowiem na ten sam elektorat - 3-krotnie podczas debaty przypominał o nadchodzącej 1050 rocznicy chrztu Polski, jego wypowiedzi były przepełnione katolickimi zwrotami. Generalnie wypadł on dość wiarygodnie i najbardziej antysystemowo ze wszystkich kandydatów - zwroty takie jak "posadźmy zdrajców stanu - Komorowskiego, Tuska do więzienia" mogły się spodobać zwłaszcza tzw. elektoratowi buntu.

Przez całą debatę aktywny był Janusz Korwin-Mikke, który nie żałował sobie odniesień do kontrkandydatów. Oberwało się np. Dudzie - "Szczególnie szlak mnie trafiał jak słuchałem p. Dudy (...)" - któremu przypomniał, że to jego partia odpowiada za obecność Polski w UE, w wyniku czego lekarstwa - jego zdaniem - są 6 razy droższe niż w krajach pozaunijnych. Przed tym Andrzej Duda krytykował obecną sytuację, w której ludzie "odchodzą od okienka w aptece" bo nie stać ich na lekarstwa. Doszło też do zaskakującej deklaracji. Korwin-Mikke obiecał, że jeśli w nadchodzących wyborach parlamentarnych na Wyspach, UKIP zdobędzie, co najmniej 20 mandatów to wycofa się z wyborów i poprze Pawła Kukiza. UKIP gdyby wybory na Wyspach były proporcjonalne, mógłby liczyć wg sondaży dających im około 14%, na 91 mandatów (obowiązują tam Jednomandatowe Okręgi Wyborcze). Pierwszą reakcją była odpowiedź Kukiza, że jeśli Korwin-Mikke zostanie królem to on wycofa się z JOWów.

Czy Panu, tak po ludzku, nie wstyd?

Paweł Kukiz, już po programie napisał na facebooku o swoim oburzeniu, zdradzając przy okazji kulisy ich negocjacji. Jak wynika z relacji, miało dojść do spotkania ich dwóch w restauracji "Lotos" (w obecności syna Korwin-Mikkego), na którym mieli umówić się, że ten z nich który w przeddzień wyborów będzie miał niższy wynik sondażowy, poprze drugiego. Jak się okazuje Korwin-Mikke wycofał się później z tej deklaracji. Na tym jednak nie koniec. Kukiz przypomniał kontrowersyjne tezy prezesa partii KORWiN na temat kobiet, niepełnosprawnych i strzelania, które "musiał przecierpieć". Ostatecznie uznał, że "Polska to zbyt wielki skarb na naciągany sojusz". Dodał, że na szczęście jest jeszcze Jacek Wilk i Narodowcy oraz, że głosów od Korwin-Mikkego nie chce.

Lawina komentarzy zmusiła Kukiza do zobrazowania, o co mu chodzi. Jego zdaniem to tak jakby umówił się z Korwinem na postulat wprowadzenia monarchii i nagle - w trakcie debaty - stwierdził, że odda swoje głosy na Korwina jeśli w Rosji zostanie wybrany car. Czy to koniec sojuszu antysystemowego?

źródło: TVP, facebook #wybory prezydenckie #wybory 2015