Fala emigracji Polaków do #USA zabrała też moją matkę. To była to ostatnia fala - lata 80. Matka wyjechała dokładnie w 1991. Minęło już od tamtego momentu wiele czasu. Zmienił się status mojej matki. Najpierw długo na "nielegalu". Potem, z początkiem XXI wieku - zielona karta. Teraz od kilku lat jest już amerykańską obywatelką.

Szło falami

Było kilka fal emigracji Polaków do Ameryki: Imigracja do 1776 roku; Imigracja od 1776 do 1865; Imigracja od 1865 do lat 20. XX wieku. I nie mówimy tu tylko i wyłącznie o Polakach. Te fale zabierały: Anglosasów. Walijczyków, Szkotów, Anglików. Potem dołączyli do nich Holendrzy i Francuzi.

Reklamy
Reklamy

Jeszcze później Irlandczycy. Następnie w ogromnych liczbach emigrowali Rosjanie i Włosi. Właściwie nie ma nacji, której przedstawiciele nie pojechaliby do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Ale byli wśród nich też Polacy. Na początku lat dziewięćdziesiątych była wśród nich moja matka. Ta fala emigracji, która zabrała i moją matkę była emigracją ekonomiczną i polityczną. Polacy wyjeżdżali z biednego kraju w poszukiwaniu podniesienia standardu życia. Polacy wyjeżdżali, bo nie podobał im się ustrój.

Łączenie rodzin

Już rok po wyjeździe moja matka próbowała "ściągnąć" mnie tam po raz pierwszy. Miała pewnie głębokie poczucie winy. Zostawić z "nieobecnym" ojcem dorastającego chłopaka, syna? Niepodobna. Każda matka musiałaby mieć z tym problem. Mi było wszystko jedno. Jako czternastolatek niewiele jeszcze rozumiałem.

Reklamy

Zaczynałem nową szkołę, średnią, matka zaczęła wspierać mnie finansowo -nastolatek z dolarami w kieszeni w tamtych czasach? Mi to nawet pasowało. Mogłem spełniać się na różnych polach życia, tego towarzyskiego najbardziej. Odsetek odmów przyznania wizy do USA był w Polsce zawsze wysoki. O ruchu bezwizowym nikt nawet wtedy nie mógł marzyć. Pod ambasadą amerykańską w Warszawie przy Alejach Ujazdowskich ustawiały się codziennie długie kolejki. Niektóry się udawało. W tym mojej matce. Uciekającej przed rozpadającym się małżeństwem, brakiem perspektyw, z przyczyn politycznych także - działała w Solidarności.

Z biegiem lat coraz częściej zaczynało mówić się o zniesieniu obowiązku wizowego. A to, że przyjaźń Polsko - Amerykańska. A to ze sojusz militarny i wspieranie przez naszych żołnierzy natowskich misji wojennych. A to, że zbliżamy się do poziomu odmów, który pozwoli obowiązek znieść jakby "z urzędu".

Dalsze starania

Podczas tych lat starałem się o wizę jeszcze trzy razy.

Reklamy

Najbliższy jej przyznania byłem, kiedy jako student jechałem na program work and travel. Ale i tym razem urzędniczka powiedziała nie. Jedynemu z grupy studentów starających się o wizę. Podejrzewałem, że powodem może być to, że matka kiedyś została przecież nielegalnie. Ostatnio, w przyjętej w czerwcu przez Senat ustawie o reformie prawa znalazł się przychylny dla Polski zapis o podniesieniu z obecnych 3 procent do 10 limitu odmów wizowych, którego nie może przekraczać kraj ubiegający się o włączenie do programu ruchu bezwizowego. Było blisko. W ogóle panował jakiś korzystny klimat i matka znów zasugerowała, żebym postarał się o wizę.

Podczas kilkunastu lat wcześniej wiele w moim życiu wydarzyło się. Najpierw opuściłem rodzinny dom z "niestabilnym" ojcem. Wyjechałem z miasta. Potem wyjechałem z kraju. Kilka lat spędziłem w Irlandii i Anglii. Pracując i ucząc życia. Ucząc się być niezależnym. Poznałem język, którego nauczyłem się praktycznie sam. Dobrze asymilowałem ze społeczeństwem. Zmieniałem pracę, nabierałem doświadczenia.

Ostateczna próba

Kiedy teraz jechałem z Piaseczna na Piękną w stolicy byłem jakiś pewny siebie. Pracę mam - myślałem. Lata się już o wizę nie starałem. Udowodniłem sobie i (chyba) światu, że jestem w stanie poradzić sobie tu gdzie jestem, w kraju, czy innym europejskim. Nikt - myślałem - nie posądzi mnie, że czterdziestolatek teraz, może chcieć jechać do matki, żeby zostać pod jej skrzydełkami za wielką wodą. Poza tym ten klimat. "dają wszystkim" słychać było tu i ówdzie. "Kto miał wyjechać za "chlebem" czy w poszukiwaniu lepszego życia zrobił to dawno, po wejściu Polski do Unii Europejskiej. I wybrał właśnie Anglię, Irlandię, czy Holandię, Norwegię, Szwecję. Nikt już nie chce jechać do USA by w tej niepewnej, egzotycznej, odległej geograficznie rzeczywistości zaczynać wszystko od nowa. Dodatkowo mówiło się, że stara się mniej ludzi. Że jest łatwiej. Jednak jak już zasiadłem na siedzeniu w konsulacie znalazłem się wśród potężnego tłumu. Czekałem, spokojnie czekałem, czytałem książkę. Rozmowa z konsulem przebiegłą wzorcowo. On zadawał pytania, ja zgodnie z prawdą odpowiadałem, że do stanów tylko na dwa tygodnie, żeby spędzić kilka dni świąt z matką, którą mam okazje widzieć bardzo rzadko i to tylko wtedy, kiedy ona przyjeżdża tu. Że spędziłem kilka lat za granicą, w Europie, i że tu się odnajduje. Że jak bym chciał, jakby mnie sytuacja ekonomiczna czy inna zmusiła, zawsze mogę wrócić do Anglii czy Irlandii. Że obecnie mam pracę. Że mam rodzinę w kraju.

Obecny stan szkodzi

Nic nie pomogło. Kolejna odmowa. Powód? Zbyt "wątłe" związki z krajem. Zbyt duże ryzyko, że chce zostać w stanach na stałe. Matka się wściekła. Zaczęła pisać listy. Dzwonić. Ale to nic nie dało. To nic nie da. Polityka emigracyjna ambasady Stanów Zjednoczonych wobec Polaków jest tak irracjonalna, decyzje konsula tak nieprzewidywalne, motywy decyzji tak niejasne, że nie ma sensu...

I co z tego, że ambasador w Waszyngtonie Ryszard Schnepfp prawi, że obecnie obowiązujące przepisy są "anachronizmem i kłócą się ze stosowaną w relacjach międzynarodowych zasadą wzajemności? Co z tego, że mówi, że kłócą się przede wszystkim z deklaracjami o przyjaźni, które płyną z najwyższego szczebla?. Co z tego, że panuje ogólna konstatacja, że obecny stan nie tylko szkodzi naszej współpracy gospodarczej, kulturalnej czy naukowej, ale też znacząco hamuje turystykę z Polski do USA ? Nic z tego... Szkodzi też moim relacją rodzinnym. Moja matka nie staje się coraz młodsza. A ja czasem potrzebuje rodziny. Będziemy próbować.



#emigracje #turystyka