#Kamil Durczok złożył pozew w sądzie przeciwko tygodnikowi "Wprost". Żąda od jego wydawcy odszkodowania wysokości 7 milionów złotych. Jak doszło do tego, że jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy stracił pozycję i uwikłał się w bezpardonową walkę z kolegami po fachu? Kamil Durczok jeszcze do niedawna kierował jednym z najczęściej oglądanych serwisów informacyjnych w Polsce. Cieszył się tak ogromnym zaufaniem stacji TVN, że kierownictwo uczyniło go swoim głównym komentatorem wydarzeń w naszym kraju. Świetlana kariera dziennikarza legła jednak w gruzach z dnia, na dzień w wyniku publicznego wystosowania oskarżeń pod jego adresem, przez tygodnik "Wprost".

Reklamy
Reklamy

Czasopismo na swoich łamach zarzuciło Durczokowi mobbing na tle seksualnym. Według tygodnika szef serwisu "Fakty" miał się dopuszczać nadużyć wobec podległych mu pracownic. "Wprost" poprzez swoje artykuły próbowało powiązać Kamila Durczoka z pewnym warszawskim mieszkaniem o podejrzanej renomie, w którym znaleziono narkotyki i rzeczy osobiste dziennikarza. Medialna nagonka zmusiła władze TVN do pożegnania się z liderem stacji.

Wojna domowa w szeregach mediów prorządowych

Sprawa ta ma wiele ciekawych wątków. Jednym z ciekawszych jest przyczyna, dla której tygodnik "Wprost" hołdujący tym samym wartościom światopoglądowym i służący tej samej opcji politycznej, co TVN i Durczok, zdecydował się zaatakować kolegę po fachu? TVN należy do tej samej grupy medialnej, wspierającej rządy PO, do której należą "Wprost", TVP i "Polsat".

Reklamy

Tym bardziej jest dziwne, dlaczego "Wprost" okrzyknęło Durczoka winnym, nie czekając na wyniki wewnętrznego śledztwa TVN w tej sprawie? Oczywiście istnieje możliwość, że niedawni koledzy po fachu wpadli na trop afery i zbulwersowani jej treścią postanowili natychmiast wszystko upublicznili dla ogólnego dobra. Znając jednak standardy moralne głównych polskich czasopism i stacji telewizyjnych wspierających rządy PO, możemy tę opcję włożyć między bajki. W pewnym sensie można powiedzieć, że państwo polskie jest tworem telewizyjnym i prasowym. Media głównego nurtu starają się jak mogą, zamiatać pod dywan kolejne afery z udziałem polskich elit. Nie ma, więc powodu, by wierzyć, że w tej kwestii postanowiły, bez konkretnych przesłanek zachować się inaczej. Jaka może być przyczyna takiej odmiany? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy nieznacznie cofnąć się w czasie. Na krótko przed wybuchem afery z udziałem Kamila Durczoka rozgorzała sprawa likwidacji kolejnych kopalń na Śląsku. Rząd z początkiem 2015 roku, poprzez przyjazne mu media starał się zasugerować Polakom, iż dopłaca ogromne sumy do górnictwa.

Reklamy

Samych górników przedstawiano jako relatywnie zamożnych ludzi, nastawionych wobec władz roszczeniowo. Podobną taktykę rząd i media zastosowały wcześniej z powodzeniem, wobec innych grup zawodowych min. lekarzy i rolników.

Górnicy to bogacze, lekarze to łapownicy, a rolnicy jeżdżą drogimi traktorami, czyli jak rząd robi propagandę

Najpierw ośmieszano w mediach lekarzy, strajkujących w proteście przeciw niekorzystnym umową z NFZ. Sugerowano, że są zachłanni, bo otrzymują od pacjentów dowody wdzięczności w kopertach. Następnie przyszła kolej na rolników. Telewizje głównego nurtu TVP, TVN i "Polsat" z lubością pokazywały kolumny nowoczesnych traktorów sunących na protest do Warszawy. Z serwisów informacyjnych widzowie mogli dowiedzieć się jak drogie są to pojazdy. Zazdrość miała zabić jakąkolwiek sympatię do rolników i zrozumienie wobec ich sytuacji. W telewizji skwapliwie pomijano fakt, że owe traktory dla rolników są niezbędnymi narzędziami pracy. Zapomniano też nadmienić, iż na ich poczet, nie jednokrotnie musieli oni zaciągać pożyczki, które będą spłacać przez połowę swojego życia. W końcu nastaje najgorętszy okres. Media szczują Polaków na górników, zaś górnicy raz, po raz ścierają się na Śląsku z policją. W to wszystko wkracza Kamil Durczok. Relacjonuje kolejne protesty górników i co zaskakujące, robi to niezgodnie z linią propagandową obowiązującą w mainstreamowych mediach. Możliwe, że dopuścił się złamania, powszechnej wśród dziennikarzy głównego nurtu, lojalności wobec władz, ponieważ sam jest Ślązakiem? Może w wyniku zwykłej ludzkiej uczciwości nie potrafił brać udziału, w szerzonej przeciw jego ziomkom propagandzie? Tego nie wiemy? W każdym bądź razie, Durczok mówi o wyprowadzaniu przez dyrekcję majątku z podległych jej kopalń i sugeruje, iż właśnie to może być prawdziwa przyczyna ich nierentowności. Punktuje też błędy i zaniechania rządu w tej dziedzinie. Szczyt nielojalności wobec rządzącej Polską Platformy Obywatelskiej, Durczok osiąga 14 stycznia 2015 podczas wywiadu z premier Kopacz. Jako pierwszy w historii dziennikarz mainstreamowych mediów Durczok zadaje pani premier pytania, poddając w wątpliwość szczerość intencji polskiego rządu. Durczok zestawia ze sobą pewne fakty np. spółki węglowe, ponoć przynoszą ogromne straty, a tymczasem ich kadra dyrektorska w nagrodę zarabia ogromne pieniądze i otrzymuje niemal milionowe odprawy, zazwyczaj już po około sześciu miesiącach pracy. Takimi pytaniami, podczas feralnego wywiadu raz, po raz wprawia premier Kopacz w konsternacje. Interesuje go, czy rząd śladem zachodnich państw ma na okres dziesięciu, lub więcej lat program restrukturyzacji branży, czy zajmuje się tylko doraźnym zwalnianiem górników?

Kto rządzi w Polsce: premier, czy służby specjalne? Czyli kto odstrzelił Durczoka?

Propaganda jest tak długo skuteczna, jak długo widz w zasięgu kliknięcia pilotem nie ma możliwości przełączenia odbiornika na kanał, w którym usłyszy informacje sprzeczne z ogólnie serwowanym przekazem. Niedopuszczalne jest dla twórców propagandy, by w istotnych dla państwa sprawach, widz mógł zobaczyć na ekranie swojego telewizora zderzenie się dwóch, różnych punktów widzenia. Jednak, aby uwiarygodnić się i stworzyć wrażenie wolności słowa, główne media pozwalają na emitowanie wypowiedzi polityków różniących się od siebie, ale tylko w kwestiach błahych. Durczok zaczął, więc swoimi pytaniami i dociekaniami podkopywać podstawy, na których opiera się każda zdrowa propaganda. Polacy przyzwyczajeni, iż z ich ekranów telewizyjnych płyną skoordynowane, jednolite komunikaty, tym razem zetknęli się z fałszującą orkiestrą, grającą na dwa głosy. W TVP i Polsacie konsekwentnie pokazywano górników jako zadymiarzy, pazernych na państwowe pieniądze, natomiast w TVN tej konsekwencji brakowało. Dwa różne przekazy płynące z mediów, miały szanse spowodować u zwykłych zjadaczy chleba dysonans poznawczy. Mogło to wytrącić Polaków z miłego, hipnotycznego letargu w ramach, którego od lat słyszą z telewizorów, iż świat w około nich jest bezpieczny i uporządkowany. To musiało skończyć się źle dla grającego na własną nutę dziennikarza. Koniec kariery Kamila Durczoka jest pouczeniem, zwłaszcza dla młodych dziennikarzy mediów głównego nurtu, którzy nie wykształcili jeszcze w sobie wystarczającej auto cenzury. Unaocznia pracownikom prasy, iż powinni zachować powściągliwość w dążeniu do odkrywania prawdy. Muszą uważać, kogo i o co indagują. Jeśli za zadawanie nie wygodnych pytań, można strącić z piedestału nawet takiego giganta dziennikarstwa, jakim był Durczok, to możemy sobie wyobrazić jak szalenie musi to dyscyplinować zwykłych, szeregowych pracowników mediów? Temat górnictwa jest na tyle niebezpiecznym polem minowym, że nawet kolejne rządy PO omijały go szerokim łukiem od ośmiu lat. Nic w tym dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, że o zarządach spółek węglowych od dawna krążyły plotki, iż zasiadają w nich byli pracownicy służb specjalnych. Jest, więc wielce prawdopodobne, że posługując się swoim wyszkoleniem operacyjnym z poprzedniej pracy, grupy te są w stanie zbierać i wyciągać na światło dzienne kompromitujące dane na temat każdej istotnej osoby w państwie. Jeśli rzeczywiście, by tak było, to nie powinno nikogo dziwić, że wkrótce po wypowiedziach Durczoka na temat zarządów spółek węglowych, wypłynęły na światło dzienne niewygodne informacje o dziennikarzu.

To jeszcze nie koniec całej afery. Następuje jej kolejny akt, ponieważ Kamil Durczok złożył w Sądzie Okręgowym w Warszawie pozew przeciw tygodnikowi "Wprost". Żąda odszkodowania w wysokości 7 milionów złotych za poniesione straty finansowe i uszczerbek na swoim dobrym imieniu. Teraz od sądu zależy jak dalej potoczy się ta opowieść.

>> Czytaj więcej:

Durczokgate: mobbing za porozumieniem stron

Mobbing i molestowanie, czyli knury do dziury

#strajk #górnictwo