Już od kilku lat polskie Siły Powietrzne chcą dokonać rewitalizacji floty śmigłowców kupując nowe maszyny. Cel jest prosty: wyrzucić w niepamięć poradzieckie Mi-8/17 i Mi-14 i zastąpić je nowoczesnymi odpowiednikami. Na ten cel przewidziano w wojskowym budżecie nawet do 12 miliardów złotych, a przetarg nazwano szumnie "inwestycją dekady". Przez wiele lat trwały przygotowania, kilkukrotne zgłaszanie kandydatów i niekończące się z pozoru kwestie formalne. Dopiero konflikt na Ukrainie pokazał, że z zakupami należy się pospieszyć. Rzeczywiście, Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało, że wybrana została jedna z trzech opcji.

Na ostatniej prostej przetargowej rozgrywki stanęły trzy śmigłowce: Eurocopter-725 (H225M) produkowany aktualnie przez francuski koncern Airbus, amerykański S-70i Black Hawk, oraz AW-149.

Reklamy
Reklamy

Według najnowszych informacji jedynie pierwsza oferta została zakwalifikowana dalej i to najprawdopodobniej Francuzi dostarczą nam śmigłowce. Informacje te wywołały niemałe poruszenie, ponieważ pozostałe dwie opcje dotyczą maszyn produkowanych w Polsce.

Dlaczego nie Sikorsky?

Żeby nie było wątpliwości - mimo nazwy nie jest to polska firma. Siedzibę ma w Stanach Zjednoczonych, a Igor Sikorski był Rosjaninem. Jedyne, co łączy tę firmę z naszym krajem to zakłady w Mielcu. To jedyne miejsce w Europie, które uzyskało certyfikat na budowę produktów według projektu Sikorsky Aircraft Corporation, oraz stały się finalnie własnością amerykańskiego koncernu. Aktualnie powstaje tam m.in. śmigłowiec S-70i Black Hawk, który startował w przetargu.

Podstawową jego wadą jest wiek. "Czarny jastrząb", bo tak można przetłumaczyć jego nazwę został oblatany już w roku 1974 i pomagał Amerykanom jeszcze podczas wojny w Wietnamie.

Reklamy

Oczywiście powstawały później nowsze wersje śmigłowca, ale niektóre, często kluczowe elementy (np. układ sterowania) nie mogły zostać zmienione. Poza tym przestrzeń wewnątrz maszyny nie jest najlepiej rozplanowana. Mimo pokaźnej długości prawie 20 metrów, w środku znajdzie się miejsce dla maksymalnie 20 osób, chociaż zalecana liczba pasażerów jest jeszcze mniejsza. Śmigłowiec lata z prędkością ok. 278 km/h na wysokości niecałych 6000 metrów. Są to wartości wystarczające, aczkolwiek nie rekordowe. Także zasięg jest mało zadowalający, gdyż Black Hawk z pełnymi zbiornikami paliwa może lecieć przez zaledwie 3 godziny. Kolejną wadą jest jego waga, która przekracza 11 ton.

Dlaczego nie AugustaWestland?

Ta włosko-brytyjska firma powstała w roku 2000 i niemal od początku zajmuje się przebijaniem ofert Sikorsky'ego. I to nie tylko w Europie. Podobnie miało stać się w Polsce, zwłaszcza, że AugustaWestland jest właścicielem zakładów lotniczych w Świdniku. Do przetargu MON-u wystawili swój najnowszy model śmigłowca, czyli oblatany pod koniec 2009 roku AW-149.

Reklamy

Mimo że była to najnowsza maszyna w przetargowej grze ma ona też kilka poważnych ograniczeń. Przede wszystkim śmigłowiec jest dosyć mały, a na jego pokład wejść może tylko 15 żołnierzy. Poza tym osiągi ma zbliżone do produktu Sikorsky'ego. Identyczna prędkość przelotowa, podobny pułap i tylko trochę mniejsze zużycie paliwa, którego jednak też jest mniej i przez to zasięg również jest zbliżony. Tutaj plusem okazuje się mała masa startowa, zaledwie 8,6 tony. Co najpewniej wyeliminowało go z przetargu? Zapewne to, że nie jest to śmigłowiec typowo bojowy. Służy bardziej do wsparcia żołnierzy z powietrza, ewakuacji z pola walki, dostarczania pomocy medycznej i transportu. AW-149 został stworzony bardziej służb poszukiwawczo-ratunkowych (SAR) w obszarach morskich.

Co nam zostaje?

Po wyeliminowaniu konkurencji w przetargu zostaje już tylko jeden śmigłowiec. Jego problem polega na tym, że ma kilka nazw. Pierwszą jest Eurocopter EC-725. Do tego dochodzą nazwy potoczne, które są dwie: Super Cougar (Super Puma), lub Caracal. Później, gdy Eurocopter został przejęty przez koncern Airbus, nowy właściciel zmienił nazwę na swoją. I tak powstał H225M. Warto to wiedzieć, bo najprawdopodobniej tego typu maszyny znajdą się niedługo w Polskich Siłach Powietrznych. Dlaczego właśnie te?

Głównie dlatego, że już innych opcji w przetargu nie było. EC-725 został oblatany już w 2000 roku, ale produkcja zaczęła się dopiero 5 lat później. Ma najlepsze z całej trójki wyposażenie bojowe opierające się o najnowsze systemy. Wymiarami jest zbliżony do śmigłowca Black Hawk, ale na pokład Super Pumy wejść może aż 28 osób. Jego prędkość to aż 324 km/h, a zasięg o 300 km większy od konkurencji. Także masa maszyny mimo wymiarów, paliwa i liczby systemów to zaledwie 11 ton. Te wszystkie cechy sprawiają, że H225M nie jest może idealny, ale wśród maszyn z przetargu jest najlepszy dla polskiej armii.

Co z polskimi zakładami?

Głównym argumentem dla przeciwników decyzji MON-u, jest to, że wybór padł na największą firmę, mimo, że dwie pozostałem miały zakłady w Polsce. Rzeczywiście, ale po pierwsze nie powinniśmy tylko z uwagi na produkcję w naszym kraju wybierać produktu gorszego. Poza tym Airbus Helicopters, który przejął firmę Eurocopter podpisał już umowy z Lotniczymi Zakładami Wojskowymi w Łodzi i to najprawdopodobniej tam będą modernizowane, a może także budowane śmigłowce EC-725. Oznacza to, że w najbliższym czasie zakłady te powiększą się znacznie, co oznacza także więcej pracy i lepszą gospodarkę w regionie. Nie powinniśmy płakać nad punktami produkcyjnymi w Mielcu i Świdniku, bo polskie już nie są, tylko przejęte przez zagraniczne koncerny. Zakłady w Łodzi za to są nasze i nasze jeszcze przez jakiś czas pozostaną.

>>> Czytaj także: Komorowski: nie możemy czuć się bezpieczni #finanse publiczne #wojsko polskie #armia