Nagrody Akademii Telewizyjnej przyznawane są od 1985 roku i na ogół nie wzbudzają większego zainteresowania wśród społeczeństwa. Można się zastanawiać, czy Polacy nie powinni większej wagi przywiązywać do statuetek rozdawanych na własnym podwórku. Kiedy człowiek już postanowi obejrzeć galę, zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno nie znalazł się w ośrodku wychowawczym dla mas.

Większość nagród nie powinna dziwić, można z czystym sercem nazwać je zasłużonymi. Kto bowiem odważy się umniejszyć sukces takiego profesora Henryka Skarżyńskiego czy Mariusza Wlazłego? Nikt też nie powinien liczyć na czysty obiektywizm przy wybieraniu laureatów.

Reklamy
Reklamy

Znana jest przecież zasada, że telewizja nagradza w pierwszej kolejności własnych pupilków, dopiero potem zajmuje się resztą. Dlatego właśnie nie ma co podważać werdyktu jury, nawet jeśli nie w każdym przypadku się z nim zgadzamy. Jeśli coś w tym wszystkim śmierdzi, a śmierdzi naprawdę mocno, to jest to Wiktor dla polityka roku.

Ludzie mają własne upodobania polityczne. Jedni opowiadają się za lewicą, inni za prawicą. Są osoby mające w głębokim poważaniu wszelkie podziały. Okazuje się jednak, że istnieje jedyna, słuszna droga i wyznaczają nam ją podczas rozdania Wiktorów. Aż trzech spośród pięciu nominowanych to osoby blisko związane z Platformą Obywatelską. Ostatecznie wygrywa jej lider, którego poparcie od wielu miesięcy spada. Nie oceniając już wkładu w rozwój Polski. Najlepszym politykiem roku zostaje człowiek, który już nawet nie jest w stanie oszukać ludzi, żeby zaraz nie obrzucili go pomidorami.

Reklamy

"Chciałbym serdecznie podziękować za Wiktora i, jak zawsze przy takich okazjach, podziękować tym wszystkim, którym zawdzięczam tę nagrodę" mówił były premier Polski. "Z reguły są to banalne slogany, ale tym razem wyjątkowo szczerze muszę powiedzieć, że to jest nagroda, której sprawcami są właściwie wszyscy Polacy. Znalazłem się tutaj w Brukseli jako szef Rady Europejskiej głównie dlatego, że reputacja Polski, dzięki waszym wysiłkom, okazała się tak wysoka i tak przekonująca, że mogliśmy ten wspólny sukces osiągnąć.Tak po ludzku chciałem powiedzieć, że bardzo za wami wszystkimi tęsknię… może nie wszystkimi, bo powiecie że jestem takim brukselskim, dyplomatycznym obłudnikiem, ale za prawie wszystkimi. Mam nadzieję, że w Polsce też ktoś za mną tęskni oprócz moich wnuków. Dziękuję bardzo."

Okazuje się jednak, że dla odmiany nie jest to "wina Tuska", ale osób które w ogóle stworzyły coś takiego jak nagroda dla polityka roku. Logika jej przyznawania dla wielu może wydać się pokrętna.

Reklamy

Wystarczy prześledzić wygrane w poszczególnych latach. Od 2005 roku aż siedem razy nagrodę otrzymała osoba w ten czy inny sposób związana z Platformą Obywatelską, w tym czterokrotnie laureatem został #Donald Tusk. Tylko raz najpopularniejszym politykiem okazał się członek Prawa i Sprawiedliwości (za 2005 rok - Kazimierz Marcinkiewicz), dwukrotnie nagroda trafiła do Lecha Wałęsy.

Można teraz zadawać sobie pytanie, jakie stosuje się kryteria przy wyborze rzekomo najlepszego polityka? Może warto by było się zastanowić i mimo wszystko Wiktora przekazywać osobie, która autentycznie w polskiej polityce coś zmieniła, najlepiej w czasie, kiedy tego dokonała. Wygrywać nie muszą przecież osoby z największym poparciem albo te dzierżące w danym momencie władzę. Statuetkę mógłby odbierać nawet wariat albo dureń, tylko niech to chociaż będzie człowiek z wizją, a nie polityk, który od dłuższego czasu nie ma żadnego pomysłu na siebie i jedynie wegetuje pośród politycznej masy. Jeśli nie da się tego zrobić, to może z nagrody dla "polityka roku" należy zrezygnować w ogóle i dla odmiany nie sprzedawać na gali bełkotu politycznego, jak to Polacy powinni być dumni ze swoich osiągnięć. Dumni możemy być, ale co ma z tym wspólnego premier? #Wiktory