Na fejsbuku dzień był dziś jak inne... Pełno słitfotek, trochę rzucanego publicznie mięsa, jakieś pieski - radośnie podskakujące lub smutnie spoglądające na nas przez pręty schroniskowych klatek. Śmieszne memy. Trochę naszego prezydenta wśród krzeseł, na które może zechce wejść. Krótko mówiąc codzienna norma. Bo przecież lepiej, żeby było śmiesznie.

Rosyjski niedźwiedź

Tylko jak się to ma do informacji, że prezydent Federacji Rosyjskiej #Władimir Putin nie pojawia się publicznie od kilku dni. Że nad Kremlem latają helikoptery, a rzecznik prezydenta Rosji mówi mediom o sile uścisku jego dłoni - podobnie jak jeden z jego poprzedników mówił o Jelcynie, gdy ten leżał nieprzytomny w szpitalu.

W szkole podstawowej miałem kolegę. Nie grzeszył inteligencją, ale był wielki i silny - tak silny, że nawet gdybyśmy się mu wszyscy razem - całą klasą - postawili, to i tak by nas zabolało. Być może nie od razu, być może każdego po kolei, ale nieuchronnie. #Rosja jest jak ten mój kolega z klasy - wielka i silna. Nie będę Rosji obwiniał o brak inteligencji, bo byłaby to nieprawda, wystarczy mi świadomość, że rzeczona Rosja istnieje zaraz za płotem mojego podwórka. I może to nie jest mój kolega z klasy, może tylko z klasy sąsiedniej, ale i tak blisko. Za blisko, żeby zajmować się wyłącznie własnymi fotkami. Choćby były "słit".

Gdzie jest Putin?

Czy gdyby Putin był zdrowy i nadal rządził tym naszym "kolegą" z sąsiedniej klasy, to rzeczywiście nie pojawiałby się w mediach, wiedząc jak reagują Rosjanie na plotki? Możliwe. Byłoby to iście pokerowe zagranie - mieć karetę asów, a jeszcze blefować. Jeśli tak, to Putin pojawi się jutro, pojutrze, lub za kilka dni. Rosjanie wpadną wtedy w euforię i nigdy już nie uwierzą, że ich Prezydent może mieć jakieś słabości. Wyobrażam sobie też inny scenariusz, bardziej prozaiczny i bardziej realny. Scenariusz, w którym w Rosji trwa walka o władzę po tym, gdy okazało się, że nie ma karety z asów, a był wyłącznie blef. No, a Rosja nie lubi przegranych. Zwłaszcza sama nie lubi przegrywać. I gdy przegrywa - wymienia graczy.

Putin ma za sobą nieomal cały naród rosyjski, bo pokazał Rosjanom, że ich kraj może być znowu wielki, dumny, że może być nadal mocarstwem. Ale przechodząc pysznie przez złote drzwi swoich kremlowskich komnat zapomniał chyba o starym rosyjskim przysłowiu: ticho budiesz, dalej ujediesz. Zapomniał też chyba o innym, dużo starszym powiedzeniu, wygłoszonym podobno przez cesarza rzymskiego Wespazjana, gdy ten opodatkował publiczne szalety: pecunia non olet - pieniądze nie śmierdzą. Zapomniał, a za zapomnienie trzeba czasami zapłacić. Wiedzą o tym nawet ci, którzy "zapomnieli", nie skasowali biletu i nadziali się na "kanara". Tyle, że karą za nie skasowany bilet jest raptem kilkadziesiąt złotych, a za zapomnienie o dużych zyskach z dużych biznesów jest coś niepomiernie większego. Z życiem włącznie.

Pecunia non olet

Duże pieniądze mają pewną swoistą właściwość. Odpychają wszelką winę za nieprawości i zbrodnie daleko od ich posiadaczy. Dlatego duże pieniądze nie boją się ostrej gry, także takiej na śmierć i życie. Sam Putin powiedział kiedyś "istnieją trzy sposoby oddziaływania na człowieka: szantaż, wódka, groźba zabójstwa". Czyżby świadomie zamilczał, że to ostatnie nie musi skończyć się na groźbie? A może nie chciał niczego sugerować, tak na wszelki wypadek? Bo, nie wierzę, że nie zdawał sobie sprawy, jaka jest cena za utracone przez oligarchów zyski. A ci stracili przez ostatnie miesiące wiele. Niewykluczone, że zbyt wiele. Niewykluczone też, że możliwość wypoczynku w Symferopolu na Krymie nie zrekompensuje im braku uciech w Monte Carlo i Las Vegas. W ciągu kilku dni, może godzin dowiemy się, co dzieje się z Władimirem Władimirowiczem. I być może należy - jak wielu moich fejsbukowych znajomych - cieszyć się wyłącznie tym, że... wiosna idzie.