Grażyna i Waldemar Kamińscy stanęli przed sądem za urządzony przez siebie protest wyborczy. 12 grudnia, w trakcie wyborów do Parlamentu Europejskiego, małżeństwo ze Szczecina pobrało karty do głosowania w jednym z lokali wyborczych. Arkusze nie trafiły jednak do urny. Państwo Kamińscy zabrali je do domu i tam, jak twierdzą spalili w kominku niezakreślone wcześniej karty do głosowania. Chcieli w ten sposób zaprotestować przeciwko złej organizacji eurowyborów.

Małżeństwu nie spodobała się polityka partii politycznych, które na "jedynkach" swoich list umieściły przeważnie tzw. spadochroniarzy - kandydatów niezwiązanych z regionem. Kamińscy twierdzili tymczasem, że głosowanie na innych kandydatów z dolnych miejsc i tak nie dałoby im większych szans na wyborczy sukces.

Sąd: To nie jest dokument

Sprawą akcji urządzonej przez Kamińskich zainteresował się prokurator.

Reklamy
Reklamy

Jego zdaniem czyn popełniony przez szczecinian nosi znamiona przestępstwa, bowiem dopuścili się oni zniszczenia oficjalnych dokumentów wyborczych. Grozi za to kara grzywny w wysokości 9 tys. zł.

Kamińscy po czterech miesiącach zasiedli na ławie oskarżonych. Usłyszeli jednak wyrok uniewinniający, gdyż zdaniem sądu nie popełnili czynu karanego prawem. - Karty nie były dokumentem wyborczym. Karty niewypełnione i niewrzucone do urny nie są dokumentem wyborczym - uzasadniła sędzia Aleksandra Kurylczyk.

"Kosztowało nas to wiele nerwów"

Kamińscy są zadowoleni z wyroku. - Warto było walczyć w sądzie o to uniewinnienie - powiedział Waldemar Kamiński po wyjściu z sali rozpraw. Jego zdaniem zwykły obywatel, idąc do lokalu wyborczego, może stracić orientację w gąszczu przepisów. Komisje wyborcze nie tłumaczą bowiem wyborcom ich praw i obowiązków. Nigdzie też nie pojawia się informacja, że kart do głosowania wynosić z lokalu nie należy. #Unia Europejska

Pytany, czy w kolejnych wyborach powtórzy swój protest, przyznał, że sprawa kosztowała go zbyt wiele stresów. "Moja żona była tym wszystkim tak zdenerwowana, że nawet nie chciała dziś przyjść do sądu"- powiedział w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".


Wyrok jest nieprawomocny. Prokuratura może wnieść do niego swoje odwołanie. Po uprawomocnieniu koszty procesu pokryje skarb państwa.