Anton Heraszczenko z ukraińskiego MSW oznajmił dziś światu, że prezydent Rosji przekazał Barackowi Obamie ultimatum - jeżeli USA dozbroi armię ukraińską, rosyjskie wojska jawnie ruszą na Kijów.

Wypowiedź ta miała miejsce w jednym z programów ukraińskiej telewizji. Heraszczenko przebywał wcześniej w Waszyngtonie, gdzie spotkał się z wpływowymi politykami Stanów Zjednoczonych. Przypomnę, że Kongres zdecydował o przekazaniu Ukrainie broni, jednak Obama wstrzymuje się z podpisaniem odpowiedniego dekretu w tej sprawie. Jak dotąd nie było żadnego przekonującego wyjaśnienia dotyczącego zwłoki w postępowaniu prezydenta USA - twierdził (nieco mętnie), że konflikt należy zażegnać drogą dyplomacji. Nowe informacje wyjaśniają wszystko bardziej przekonująco. Heraszczenko dowiedział się o ultimatum od sympatyzujących z Ukrainą polityków z otoczenia Obamy. Putin odgraża się, że w przypadku dozbrojenia Ukraińców wybuchnie otwarty konflikt, a wojska Federacji ruszą prosto na Kijów. Wyniku takiego starcia trudno nie przewidzieć.

Kto boi się Putina?

Putin pokazał już, że niewiele interesuje go opinia świata, a sankcje działają na niego jak płachta na byka. Jak dotąd zagarniał kolejne obszary Ukrainy za pomocą "prorosyjskich separatystów", tym razem jednak sytuacja stała się poważniejsza - grozi oficjalną wojną. Co skłania prezydenta Rosji, aby rzucić kraj do otwartej walki? Czy rzeczywiście #Ukraina jest dla niego tak bardzo istotna? O ile w przypadku portów nad Morzem Czarnym można to jeszcze zrozumieć, o tyle Kijów czy Lwów nie stanowią jakiś bardzo ważnych punktów strategicznych na mapach. Putin próbuje iść śladem Stalina, wcielając kolejne obszary do Federacji. Jako że na Dalekim Wschodzie ani południu nie ma zbyt dużego pola do popisu, padło na biednego sąsiada, o którym od początku wiadomo było, że nie oprze się nawałnicy. Równocześnie aneksje pozwalają mu zbadać, na jak wiele może sobie pozwolić, nim ktoś w końcu uderzy pięścią w stół i powie: "dość!" Niestety, póki co takiej osoby na horyzoncie nie widać.