Lato 1966 roku spędziłem w Chinach w Tang-Shan, największym mieście prowincji Hopei. Prowincja większa od Polski, miasto trzy razy większe od naszej stolicy. Był to najgorętszy okres tzw. „Rewolucji Kulturalnej”. Za murami (dosłownie), jak się to teraz nazywa „kompleksu hotelowego” (którego właścicielem najpierw był angielki feudał, potem lokalny mandaryn), zajmującego bagatela, kilkanaście hektarów z lasem, parkiem, przeogromną szklarnią, gdzie kwitły „kwiaty jednej nocy”, boiskiem do koszykówki, wzgórzem, z którego można było obserwować lotnisko i startujące co kilka minut samoloty wojskowe, które powodowały, że w tym czasie życie zamierało, oddanego do dyspozycji polskich inżynierów, którzy nadzorowali budowę zakładu przeróbki węgla Lu-Cia-To, pulsowało życie…

Życie na prowincji

Cykady, które swoim świergotem mogły doprowadzić do szaleństwa, megafony, które „na maxa”, od rana do rana tworzyły rewolucyjną rzeczywistość, wbijając w naszą podświadomość pieśni sławiące mądrość Mao-Tse-tunga (słowami, których nie rozumieliśmy, ale już po kilku dniach potrafiliśmy je bezbłędnie powtórzyć), ale przede wszystkim przez zastępy Hunweibinów, które czytając publicznie „myśli” Mao, skandując imię Wodza wrzaskiem, którego nie można porównać z rykiem żadnego stadionu, sprowadzały nas do formatu robaczków, które są świadkiem epokowych wydarzeń.

Reklamy
Reklamy

Przyjmowałem to wszystko jak dar losu, jak chińską kuchnię, która na kilka lat miała mi zastąpić polską. Nie byłem specjalnie zadowolony, miałem swoje problemy. Za kilka tygodni miałem zacząć naukę w radzieckiej szkole przy ambasadzie ZSRR w Pekinie. Nie było innej możliwości. Po trzech latach nauki rosyjskiego w polskiej szkole wiedziałem, że może być kiepsko.

Mój przyjaciel Hun-wejbin

Tymczasem powoli uczyłem się języka, rozmawiałem (wydawało mi się, że rozumiem co do mnie mówią, a ja, że to co ja do nich ) z pracownikami hotelu. Poznałem Sio-Tsor i jego sympatię Mo-Liao. On miał 19 lat, ona dwa lata mniej. Byli Hunwejbinami, w ich wieku nikt nie mógł nie być. Czytali dzieła Mao, chodzili w granatowych drelichach, brali udział we wszystkich komunistycznych obrządkach. Dla mnie było to straszne zderzenie z rzeczywistością.

Reklamy

Oto „czerwonogwardziści” wykreowani przez naszą propagandę na pogromców „wielowiekowych zdobyczy” kultury chińskiej, są ludźmi, mają normalne uczucia. Sio i Mo byli ostrożni, nie całowali się, nie trzymali za ręce, nie spacerowali razem, ale wszyscy wiedzieli, że się kochają. Niestety, Komitet Zakładowy Komunistycznej Partii Chin też wiedział.

W polskiej szkole

Przeczytałem ostatnio, że rodzice uczniów jednej z naszych szkół są przeciwni przedlekcyjnej modlitwie. Inni protestują przeciwko porannej gimnastyce, a nawet angażowaniu młodzieży do kampanii wyborczej, noszeniu zbyt ciężkich tornistrów, zadawaniu prac domowych i czego tam jeszcze.

Koniec

Przypomniałem sobie do końca historię Mo i Sio, z którymi nie zdążyłem się zaprzyjaźnić. Wtedy nie było to możliwe. Komitet Zakładowy nakazał obydwojgu samokrytykę, w efekcie której zostali potępieni i skierowani do ośrodka resocjalizacji w prowincji Si-Kiang, czyli po prostu do obozu koncentracyjnego, w którym prawdopodobnie zostali pozbawieni uczucia, zdrowia i być może życia.

Reklamy

Mieli 19 i 17 lat, według rozdzielnika, byli o dwa lata za młodzi na jakiekolwiek uczucie, poza miłością do Mao-Tse-tunga.

Jak to się stało, że Chiny stały się potęgą, a my ciągle nie wiemy czy krzyż powinien gdzieś tam wisieć, czy nie? #społeczeństwo