Do Pekinu przyleciałem 15 lipca 1966 roku jako kilkunastoletni chłopak. W Chinach był to czas, który cały świat nazywał "Rewolucją Kulturalną". Już niedługo miałem się przekonać, że z rewolucją nie miał nic wspólnego, a z kulturą jeszcze mniej.

Pekin

Na początku mojej przygody zafascynował mnie Pekin, miasto przeogromne, ze zniewalającą architekturą, ulicami, na których miliony ludzi odgrywały swój złowieszczy "rewolucyjny taniec". Ulice, chodniki, skwery wypełnione do granic możliwości ludźmi ubranymi jednakowo, w granatowe drelichy, z "leninówkami" na głowie, ze znaczkami Mao-Tse-Tunga na piersi. Kobiety i mężczyźni.

Reklamy
Reklamy

Budynki oblepione od parteru po ostatnie piętro "Ta-dży-Pao" (gazety wielkich hieroglifów) tak na prawdę wielkoformatowymi brystolami z cytatami z dzieł Wielkiego Wodza. Na chodnikach wielosetosobowe grupy Hunwejbinów kucających (chińczycy nie siedzą, tylko kucają). Czytających zgodnym chórem dzieła Mao, wznoszącymi po każdej przeczytanej myśli wodza okrzyki "Wan-wan-sue" (niech żyje nam). Oddziały milicji ludowej biegnące zwartym szeregiem w tę, a zastępy wojska w tamtą stronę.

Prowincja

Po kilku dniach pojechałem na prowincję, do Tang-Shan, do taty. Ojciec był szefem nadzoru autorskiego budowy zakładu przeróbki węgla przy kopalni Lu-Cia-to, niedaleko od Tang- Shan, miasta prowincjonalnego, tak około 5-6 milionów mieszkańców. Każdy polski projektant miał swojego chińskiego tłumacza.

Reklamy

Każdy tłumacz, co było oczywiste, był agentem bezpieki, co było dla wszystkich bardzo wygodne, bo gwarantowało, że "biały człowiek", który w tamtym czasie, w tamtym miejscu, przypominał pingwina na rynku w Kłaju, mógł liczyć na bezpieczeństwo.

Czerwona Książeczka

Tłumacze oprócz spraw politycznych, na co dzień tłumaczyli "Czerwoną Książeczkę", cytaty z wystąpień Wielkiego Wodza na różnych zjazdach, i innych politycznych "okazjach", na język polski. Ponieważ byli kiepskimi specjalistami w tej dziedzinie (wszyscy byli po, nazwijmy to z dużą dozą wyrozumiałości, filologii radzieckiej), potrzebowali "odrobiny" pomocy. Były wakacje, miałem czas wolny. Przez trzy tygodnie pracowaliśmy po około godziny dziennie, poprawiałem rusycyzmy na język polski, mowę na inną mowę, (przy której tzw. partyjna nowomowa PZPR brzmiała jak bzyczenie bąka przy śpiewie słowika). Po trzech tygodniach Liang -faje (tłumacz Liang), powiedział, że dziękuje za pomoc, wiedzą już wszystko. Brzmiało to śmiesznie. Patrząc na Chiny dzisiaj, jako drugą gospodarkę świata i króla światowej tandety, myślę, że może, jeśli jeszcze nie wiedzieli wszystkiego, domyślali się, że będą wiedzieć. Mnie zostało tyle, że byłem pierwszym Polakiem, który czytał "Myśli Mao" po polsku. A to, że nie miało to w przyszłości żadnego znaczenia, to już zupełnie inna sprawa.

Jak poznałem towarzysza Mao-Tse-tunga i o moich przyjaciołach Hunwejbinach, napiszę następnym razem. #społeczeństwo