Sprawa mieszkańca Piotrkowa Trybunalskiego, ukaranego za zdjęcie ruletki na swojej stronie internetowej, po raz kolejny ukazuje niedorzeczność przepisów polskiego prawa. Takie sytuacje bowiem nie są odosobnione. W Polsce toczyły się i wciąż toczą się sprawy, których w normalnym kraju nikt by nie traktował poważnie.

Ruletka za 28 zł, kara na 1000 zł

Pan Marcin z Piotrkowa Trybunalskiego zawinił publikacją zdjęcia ruletki - rekwizytu na stronie internetowej swojej firmy. Złamał tym samym ustawę antyhazardową, ale dowiedział się o tym dopiero od celników, gdy przyszli mu wręczyć wezwanie. Sąd w pierwszej instancji uznał, że przedsiębiorca propaguje tym samym hazard i nałożył na niego karę w wysokości 1000 złotych. Oskarżony złożył od wyroku apelację. Działo się to w zeszłym roku. Ostateczny wynik procesu, jak to w Polsce, poznaliśmy jednak dopiero 25 marca.



Na nic zdały się tłumaczenia oskarżonego, iż omawiana ruletka to zabawka dla dzieci warta 28 zł. Rekwizyt został użyty podczas imprezy integracyjnej, która była utrzymana w klimacie czasów prohibicji w USA. Pan Marcin był tam didżejem i wodzirejem. Uczestnicy przyjęcia nie grali na pieniądze - wygraną była statuetka i pamiątkowy dyplom. Jednak według polskiego sądu, sam fakt umieszczenia zdjęcia ruletki na stronie, oznacza propagowanie i reklamowanie hazardu. "To był oczywisty, celowy zabieg. Na stronie umieszczono sformułowania słowne, zobrazowane w odnośniku zdjęciami. Nie robił tego nieświadomie" - argumentował swoją decyzję sędzia Rafał Nalepa.

Okradła państwo na... 6 groszy

Nie mniej zaskoczona wyrokiem była Ewa Stokowska z Łodzi, która została o narażenie Skarbu Państwa na stratę sześciu groszy z tytułu niezapłaconego podatku VAT. Sprawa miała miejsce w 2009 roku. I w tym przypadku Temida okazała się być niełaskawa - emerytka przegrała proces i musiała zapłacić 130 zł grzywny (plus koszty rozprawy - 220 zł). Cała sprawa rozpoczęła się w kiosku na łódzkim Widzewie, gdzie pani Ewa pracowała. Jednym z jej klientów był student, który poprosił o skserowanie legitymacji. Koszt usługi - 30 groszy. Tej kwoty sprzedawczyni nie wbiła jednak na kasę fiskalną. Później w sądzie tłumaczyła się, że nie miała kodu na usługi ksero, bo urządzenie było nowe. Okazało się, że klient wcale nie był studentem, a inspektorem Urzędu Kontroli Skarbowej. Oskarżył panią Ewę o narażenie skarbu Państwa na stratę 6 groszy, bo tyle wynosi 22 proc. podatku od sumy 30 groszy. Urzędnicy ukarali za to właściciela kiosku grzywną 200 zł, ale kioskarka jej nie przyjęła. Sprawa trafiła do sądu, a UKS wszczął dochodzenie. Na koszt podatników, dużo wyższy od śmiesznej kwoty sześciu groszy.

Pomógł choremu psychicznie, państwo chciało go ukarać

Polską opinię publiczną dużo mocniej zbulwersowała zeszłoroczna sprawa Krzysztofa Olkowicza, dyrektora Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Koszalinie.

Reklamy
Reklamy

We wrześniu 2013 roku dostał od swoich pracowników informację, że do aresztu w Koszalinie trafił mężczyzna skazany za kradzież wafelka wartego 99 groszy. Dyrektor od razu zainterweniował i udał się do złodzieja. Okazało się, że winnym jest 42-letni Arkadiusz K., chory na schizofrenię. Omawiany wafelek mężczyzna ukradł w 2011 roku. Sąd skazał go wtedy na 100 zł grzywny. Arkadiusz K., jako osoba ubezwłasnowolniona, nie stawił się na rozprawie. Nie zapłacił też grzywny, więc sąd zmienił karę na pięć dni aresztu.

Krzysztof Olkowicz odwiedził skazanego w trzeci dzień jego aresztu. Od razu zorientował się, że ten człowiek potrzebuje pomocy i opieki lekarskiej. Polecił sekretarce wypłacić 40 zł - tyle warte były pozostałe dwa dni kary. Nie chciał bowiem ugrzęznąć w procedurach, który w przypadku zwolnienia trwają długo.

Reklamy

Arkadiusz K. wyszedł więc na wolność i cała sprawa skończyłaby się happy endem, gdyby nie "życzliwi" współpracownicy Krzysztofa Olkowicza. Do Ministerstwa Sprawiedliwości trafił bowiem anonim, oskarżający Olkiewicza o złamanie 57 kodeksu wykroczeń. Ten przepis zabrania opłacania grzywny osobom, niebędącymi krewnymi skazanego. Pierwszą propozycję, by przyjąć 50 zł grzywny, dyrektor odrzucił. Nie chciał być ukarany za "pomoc człowiekowi, który nie powinien znaleźć się w więzieniu". Policja skierowała, więc sprawę do sądu. Dyrektor Olkiewicz sprawę przegrał, ale sąd nie zażądał dla niego kary. Wielu Polaków jednak na takie traktowanie nie może liczyć i muszą tracić czas, nerwy i pieniądze, sądząc się z państwem o drobne przewinienia.

CZYTAJ TEŻ:



Przedsiębiorcy omijają przepisy ustawy antyhazardowej

W polskim prawie istnieje mnóstwo martwych przepisów. Poznaj niektóre z nich  #sądownictwo #polskie prawo