Górnicy, którzy domagają się zmiany w zarządach polskich kopalń - deficytowych, choć w górnictwo przeżywa dzisiaj lekki renesans nie protestują w obronie własnych stanowisk pracy, lecz w obronie sytuacji na rynku pracy na całym Śląsku - i tak nie najlepszej. Pozbawienie ich pracy, o czym mówił konsultowany przez zarządy spółek węglowych rządowy projekt restrukturyzacji, oznacza de facto pozbawienia dochodu kilkudziesięciu tysięcy śląskich rodzin. Podobnie, jak słuszny wydaje się być protest rolników, którzy przyjechali do Warszawy i blokują drogę krajową nr 2 w podwarszawskim Zakręcie. Chcą, żeby rząd wywiązał się z obietnic i prowadził politykę rynku rolnego w taki sposób, aby na produkcji rolnej stracili możliwie najmniej. Bo coraz częściej mówią nie o zyskach a o stratach właśnie.

Gospodarka to system naczyń połączonych i problemy kilku grup zawodowych mają ogromny wpływ na to, co dzieje się na rynku pracy oraz w całej gospodarce. I tak pozbawione dochodu rodziny górników przestaną wydawać tyle, co dotychczas pieniędzy, na zakupy w sklepach dotychczas zaopatrujących ich w żywność i artykuły przemysłowe. Spadek obrotu sklepów spowoduje spadek ich zysku, a więc również konieczność zmniejszenia zatrudnienia - do likwidacji sklepu włącznie. To pociągnie za sobą wzrost bezrobocia i jeszcze większe zmniejszenie konsumpcji, która - w przypadku Polski - była jednym z filarów gospodarki. Tym bardziej, że konsumpcja wewnętrzna i tak ma się nie najlepiej, z ekonomicznego punktu widzenia, a to z powodu... rosnącej deflacji.

Deflacja, czyli wzrost wartości pieniądza (w przeciwieństwie do inflacji, czyli jego spadku) oznacza, że w pewnym horyzoncie czasowym towary dostępne na rynku tanieją zamiast drożeć, co z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba jest zjawiskiem oczywiście dobrym. Tyle, że w całej gospodarce może doprowadzić do kryzysu. Szczególnie, że ani producenci, ani sprzedawcy towarów i usług nie lubią zmniejszania cen, ponieważ in expressis verbis oznacza to dla nich nominalnie i faktycznie mniejsze, niż dotychczas dochody. Do tego dochodzą jeszcze eksporterzy, którzy swoją produkcję sprzedają za granicami Polski. Dla nich informacja o silnej walucie wewnętrznej jest naprawdę niepokojąca. Dlaczego? Bo produkując w kraju o słabej walucie a sprzedając na rynek o silnej walucie zarabiają po prostu więcej. Warto pamiętać, że największe kryzysy Japonii były związane z deflacją właśnie.

Jak informuje NBP, w Polsce deflacja pojawiła się już w lipcu ub. roku, a według prognoz na styczeń (dane będą dopiero ogłoszone) wyniesie -1,2 proc. w ujęciu rok do roku, a później nawet -1,5 proc. To będzie rekord w powojennej historii Polski - poprzedni padł ledwie miesiąc temu, kiedy ogłoszono, że jej poziom wyniósł -1 proc.

Nie osłodzą tych informacji również dane o wzroście PKB za ostatni kwartał ub. roku i prognoz na 2015 rok. Zdaniem analityków Polska może osiągnąć w tym roku wzrost na poziomie 4 proc. PKB. Czy to dużo?

W porównaniu do innych krajów regionu - tak. Ale to wzrost wciąż zbyt mały, aby ożywić gospodarkę i wpłynąć na wzrost płac i zatrudnienia. Z tym ostatnim wciąż mamy poważne kłopoty. Ostatnio ogłoszone dane mówiły o bezrobociu na poziomie 11,5 proc. i będącym w trendzie wzrostowym. Przy czym dane podawane są zgodnie z polską definicją osoby bezrobotnej, - czyli przypomnijmy, zarejestrowanej w Powiatowym Urzędzie Pracy. W rzeczywistości poziom bezrobocia jest wyższy, bo nie wszyscy chcą się rejestrować, a część Polaków już wyjechała, lub w najbliższym czasie wyjedzie do pracy za granicę.

Protesty górników i rolników, jakkolwiek są niezrozumiałe dla większości społeczeństwa, tak naprawdę mogą korzystnie wpłynąć na gospodarkę, bo wymuszą na rządzie interwencje w dobrych kierunkach. Coraz częściej centrale związków zawodowych w Polsce mówią o kolejnych grupach szykujących się do protestów. Protestów, które wynikają z przemilczanego w Polsce kryzysu. #kryzys gospodarczy #rolnictwo #górnicze protesty