Minister finansów Federacji Rosyjskiej przyznał, że jego kraj w wyniku sankcji oraz spadku cen ropy stracił dotychczas przeszło 200mld dolarów. Zakładając, że ta kwota nie została zaniżona, jest to stosunkowo duża suma i jednocześnie celny cios w gospodarkę naszego sąsiada. Wystarczy dla porównania dodać, że budżet Polski zakłada w roku 2015 dochody rzędu niecałych 300mld złotych. Pojawia się zatem pytanie, jak długo Rosja będzie kontynuowała swoją politykę, skoro ta wiąże się z dużymi stratami dla całego państwa oraz kiedy pojawi się rosyjska odpowiedź na ostatnie unijne sankcje.

Rosja nie ma wyjścia

Dotychczasowa polityka Moskwy była konsekwentna w myśl prostej zasady: "skoro zabrnęliśmy tak daleko, musimy iść dalej".

Reklamy
Reklamy

Wycofanie się z konfliktu na wschodzie Ukrainy oznaczałoby okazanie słabości oraz uległości wobec Zachodu. Ponadto, w świetle ostatnich decyzji ukraińskiego rządu o możliwości przystąpienia tego kraju do NATO, Rosji grozi rozmieszczenie sił wrogiego sojuszu tuż pod jej granicami, a na to Moskwa nie może sobie pozwolić. Czy grozi nam powrót do rosyjskiego imperializmu? Raczej nie, ponieważ największe państwo świata tak naprawdę nigdy nie przestało być liczącym się graczem na międzynarodowej arenie. Wprawdzie globalny kryzys, problemy wewnętrzne oraz późniejsze sankcje Zachodu sprawiły, że gospodarka tego kraju bardzo ucierpiała, ale militarnie nasz sąsiad nadal pozostaje silniejszy niż inne wzrastające potęgi, np. szybko rozwijające się Chiny. Poza tym Rosji i Rosjanom zależy na zwycięstwie w ukraińskim konflikcie, ponieważ byłby to dowód, że pomimo problemów to nadal oni rozdają karty w tym regionie.

Reklamy

Twarda polityka Moskwy

W opublikowanym 28 stycznia wywiadzie szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow oznajmił, że "#Ukraina musi być neutralna, żeby uniknąć dalszego podziału". Nietrudno tutaj zauważyć zawoalowaną groźbę, lecz konflikt na linii Rosja-Ukraina już u samych jego początków był tak naprawdę konfliktem Wschodu z Zachodem. Dowodem tego są wystosowane do USA i Unii ostrzeżenia rosyjskiego MSZ, które przed kilkoma dniami zadeklarowało, że "od teraz będzie ostro reagować na wszelkie ataki przeciwko Rosji". Prężenie muskułów na pokaz? Możliwe, ale to stanowisko wydają się potwierdzać słowa ministra obrony Siergieja Szojgu z 30 stycznia, który zapowiedział, że "przewiduje się całkowitą realizację państwowego programu zbrojeń i osiągnięcie do roku 2020 wyznaczonych wskaźników, 70-100 proc. nowoczesnych typów broni i sprzętu wojskowego", tak aby "nie dopuścić do zyskania przewagi wojskowej nad Rosją". Czyjej przewagi? Głównie USA i Unii, ale rywalem może być każdy, kto pomaga Ukrainie.

Reklamy



Operacja antyterrorystyczna, czy jednak wojna?

W konflikcie na wschodzie Ukrainy zginęło dotychczas około 5 tysięcy osób, ale pomimo przewagi ukraińska armia nie jest w stanie odzyskać terenów zajętych przez separatystów. Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim o zwycięstwie lub porażce decyduje jakość dowodzenia, wyszkolenia i wyposażenia, a 50 tysięczna armia ukraińska ustępuje pod tymi względami przed wspieranymi przez Rosję, liczącymi zaledwie 20 tysięcy żołnierzy oddziałami separatystów. Ponadto, rząd w Kijowie obawia się użycia całego potencjału 180 tysięcznej armii w obawie przez reakcją swojego wschodniego sąsiada, który zgromadził przy granicy 20 tysięcy swoich żołnierzy. Niewiele? Owszem, ale tę liczbę Moskwa może łatwo zwiększyć, a wyszkolenie i uzbrojenie kolejny raz będą po stronie Rosji. Pod znakiem zapytania stoi również przebieg mobilizacji ukraińskiego wojska, ponieważ w niektórych zachodnich obwodach niemal 40% powołanych przed komisje mężczyzn wyjechało z kraju lub nie stawiło się na wezwanie. Co więcej, Kijów planuje zwiększyć liczebność swojego wojska do 250 tysięcy ludzi, jednak rząd najwidoczniej nie uwzględnił tego, że pochodzący z zachodu kraju obywatele nie chcą ginąć za sympatyzujący z Rosją wschód. #Unia Europejska #Europa Wschodnia