Tylko w okresie od października do maja 2014 roku, do USA przedostało się prawie 60 tysięcy dzieci bez rodziców i opiekunów. Większość nieletnich emigrantów pochodzi z Ameryki Środkowej. Wykończone kilkudniową tułaczką, przeważnie w ciasnych i dusznych kontenerach, po przekroczeniu granicy najczęściej trafiają do amerykańskich aresztów, placówek straży granicznej czy schronisk gdzie przeżywają następne piekło.

Są przetrzymywane w okropnych warunkach i nierzadko poniżane, bite czy wykorzystywane seksualnie. Opinia publiczna, organizacje pozarządowe i nawet sam Barrack Obama mówią wprost, że ta sytuacja staje się poważnym kryzysem humanitarnym.

Reklamy
Reklamy

Wszystko wskazuje na to, że problem będzie się pogłębiał i raczej nie wpłynie hamująco na zapędy emigracyjne.

Ponad trzy czwarte nieletnich imigrantów stanowią obywatele tzw. Trójkąta Północy, czyli ci pochodzący z Gwatemali, Salwadoru i Hondurasu. " Tylko" jedna czwarta pochodzi z Meksyku. Dlaczego tak wielu mieszkańców z tych krajów decyduje się za wszelką cenę uciec ze swoich domów i dlaczego ten problem dotyczy również dzieci?

Całe życie dla gangu

Przyczyny są tak naprawdę dwie - ucieczka od ubóstwa i przemocy. Gwatemala, Honduras i Salwador to nie tylko państwa ubogie, ale także bardzo niebezpieczne. Wskaźnik zabójstw w Salwadorze wynosi 70 osób na 100 tysięcy mieszkańców a w Hondurasie 90 na 100 tysięcy. Z tej trójki najlepiej wypada Gwatemala, w której wskaźnik zabójstw wynosi 40 na 100 tysięcy.

Reklamy

Państwa te są od wielu lat terroryzowane przez miejscowe gangi nazywane "Maras" lub "Marabuntas". Najsłynniejsze z band to Mara-18 oraz MS 13 (Mara Salvatrucha), które oprócz handlu narkotykami zajmują się także porwaniami, prostytucją (również dziecięcą), kradzieżami, czy napaściami. Nierzadko siłą werbują do swoich grup nieletnich. Były głośne przypadki znalezienia kilkuosobowej mogiły zamordowanych dzieci, które nie chciały przyłączyć się do gangów. W maju w Hondurasie znaleziono siedmioro zabitych nieletnich. Najmłodsza ofiara miała siedem lat.

Część młodocianych ucieka, bo naraziła się gangom lub do nich należała, a gdy chciała je opuścić, była narażona na prześladowanie, a nawet na śmierć. W "Maras" obowiązuje bowiem zasada "La vida por las Maras", czyli całe życie dla gangu.

Maras narodziły się w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy Amerykę Środkową rozdzierały wojny partyzanckie i rządy prawicowych dyktatur. Negatywną rolę w tym regionie odegrały także Stany Zjednoczone, obalając demokrację m.in.

Reklamy

w Gwatemali i instalując tam krwawe reżimy. Prawicowe junty wymordowały w tym kraju około 200 tysięcy ludzi, a walki między partyzantką a dyktaturą trwały aż do 1996 roku. Podobnie było w Salwadorze, gdzie lewicowe partyzantki walczyły z prawicowymi szwadronami śmierci i wojskową juntą. W czasie wojny doszło tam do wielu głośnych zbrodni, m.in. zgwałcono i zamordowano cztery amerykańskie zakonnice, a w trakcie masakry w El Mozote salwadorscy żołnierze wymordowali całą wioskę cywili.

Najbardziej wyrazistym symbolem wojny było zabójstwo arcybiskupa Oscara Romero w czasie odprawiania mszy. Romero był "głosem tych, którzy głosu nie mieli". Był obrońcą praw człowieka, krytykiem salwadorskiego rządu wojskowego, słynął też z apeli do amerykańskiego prezydenta Cartera, aby ten zaprzestał wspierania prawicowej kliki. Jego działania na niewiele się zdały, zaś sam duchowny został zamordowany przez szwadrony śmierci. Sprawców nigdy nie ukarano, a wojna w Salwadorze pochłonęła prawie 75 tysięcy ofiar (na 4 miliony mieszkańców).

W czasach chaosu, niestabilności i wojen, wielu młodych Latynosów (a także byłych żołnierzy wałczących w wojnach domowych) uciekło do USA, głównie do Los Angeles. Nie mając tam jednak żadnych perspektyw, przybysze założyli gangi, znane później jako Maras. Miasto Aniołów stało się bastionem różnorakich latynoskich szajek. Na początku XXI wieku, amerykańskie władze stopniowo deportowały latynoskich gangsterów do krajów Trójkąta Północy (m.in do Hondurasu wysłano 44 tysięcy przestępców). Miejscowe władze nie były jednak przygotowane na przyjęcie takiej liczby gangsterów. W dodatku do końca nie były świadome, że deportowanymi są głównie członkowie Maras.

"Meksykanizacja" Ameryki Środkowej

Innym czynnikiem który wpłynął na to że kraje środkowoamerykańskie stały się jednym wielkim teatrem okrucieństwa, było położenie geograficzne i wojna narkotykowa w sąsiednim Meksyku. Odkąd meksykański rząd w 2006 roku wydał wojnę kartelom narkotykowym, tamtejsza wojna zaczęła rozlewać się na państwa sąsiednie.

Ameryka Środkowa jest głównym szlakiem kokainowym i żywiołem dla handlarzy narkotyków. Około 80-90 procent kokainy trafiającej do USA, przechodzi właśnie przez korytarz środkowoamerykański do Meksyku, a stamtąd już do Stanów Zjednoczonych. Również meksykańscy baronowie oraz kartele (w tym Los Zetas i Sinaloa) coraz częściej osiedlają się w tym regionie. Głównie dlatego, że gangi mogą czuć się tam całkowicie bezkarnie. Służby porządkowe są skorumpowane, a instytucje państwowe słabe. Władze są bezradne do tego stopnia, że aby powstrzymać spiralę przemocy, niejednokrotnie wraz z Kościołem Katolickim musiały negocjować z młodocianymi bandami, aby te popełniały mniej zabójstw. Za mniejszą liczbę morderstw bossowie gangów, którzy zgodzili się na taki układ, a którzy znaleźli się w więzieniach, mieli dostawać lepsze warunki odsiadki. Ostatnio takie negocjacje toczyły się w Salwadorze.

Bieda, wysokie bezrobocie, brak perspektyw i strach przed gangami prowadzą do tego, że ludzie coraz częściej decydują się opuścić swoje miejsca zamieszkania. Pomiędzy rokiem 2000 a 2010, liczba emigrantów wyjeżdżających z Ameryki Środkowej do USA wzrosła o 50 procent. W latach 2008-2013 odnotowano wzrost wniosków o azyl aż o 712 procent! Wniosków nie składano tylko do placówek amerykańskich, ale również do takich krajów jak Meksyk, Panama, Belize i Kostaryka.

Coraz więcej dzieci decyduje się na ucieczkę. Część z nich udaje się do USA, ponieważ mają tam rodziców lub krewnych. Czasami rodziny zatrudniają tzw. "Coyotaje", którzy trudnią się przemytem ludzi. Inni uciekają przed gangsterskimi prześladowaniami lub po prostu mają nadzieję na realizację własnego "American Dream" i wyrwanie się z piekielnego miejsca, jakim są kraje Trójkąta Północnego. Przede wszystkim są to jednak przymusowe imigracje.

Bez reform niewiele się zmieni

W rzeczywistości granicznej wielu nieletnich zostaje zatrzymanych i zamkniętych w zimnych, przeludnionych celach. O pomocy medycznej nie mają co marzyć. Wprawdzie przedstawiciele amerykańskiego Urzędu Celnego i Urzędu Ochrony Granic twierdzą, że dzieciom takiej pomocy się udziela i zapewnia posiłki, ale wyniki śledztw dowodzą czegoś zupełnie innego. Nieletni opowiadają także o wielu przypadkach poniżeń i o molestowaniu seksualnym. Ponadto, wielu młodych uciekinierów może stać się ofiarami Maras, którzy porywają ich dla prostytucji dziecięcej lub okupu.

W ostatnim czasie sprawa nieletnich uchodźców jest przedmiotem rozmowy pomiędzy Brackiem Obamą a prezydentem Meksyku Enrqie Pena Nieto. Obaj przywódcy mieli omówić wspólne działania, które miałyby na celu powstrzymanie nielegalnego napływu emigrantów. Podobne rozmowy przeprowadził sekretarz stanu USA John Kerry z prezydentami Gwatemali, Salwadoru oraz z przedstawicielem rządu Hondurasu. Meksyk i Gwatemala ogłosiły nowy program ochrony granic oraz zwalczania grup zajmujących się porwaniami emigrantów. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma natomiast przekazać 1,4 mld dolarów na początkowe rozwiązanie problemu. Pieniądze zostaną przeznaczone na patrole graniczne i poprawę warunków w ośrodkach dla nieletnich.

Wszystkie te działania na niewiele się jednak zdadzą, jeśli nie zacznie się zwalczać przyczyn zjawiska. Stany Zjednoczone powinny wesprzeć kraje Trójkąta Północy w reformach - głównie w tworzeniu nowych miejsc pracy, edukacji, tworzeniu programów rządowych, usprawnieniu wymiaru sprawiedliwości i zwalczaniu grup przestępczych.

Również legalizacja narkotyków pomogłaby osłabić grupy przestępcze. Kartele narkotykowe i Maras zarabiają głównie na handlu środkami odurzającymi. Coraz więcej przywódców latynoskich rozważa takie kroki, a także apeluje do Białego Domu, aby zmienił swą nieskuteczną politykę narkotykową. Oczywiście, sama legalizacja narkotyków nie rozwiąże problemu, lecz z pewnością osłabi gangi. Priorytetowe powinny być reformy na polu społecznym i bezpieczeństwa. Jeżeli w tej kwestii nic się nie zmieni, społeczeństwa w Gwatemali, Hondurasie i Salwadorze będą destabilizowane, a Stany Zjednoczone mogą mieć do czynienia z prawdziwą katastrofą humanitarną przy swoich granicach.