Następstwem tragicznych wydarzeń w Charlie Hebdo jest żywa dyskusja we Francji na temat imigrantów, wolności słowa, polityki multikulturowości. Sytuacja ta, powoduje powstawanie coraz większych pęknięć w społeczeństwie francuskim, mocno zróżnicowanym kulturowo i wyznaniowo.

Minuta ciszy i krzyku we francuskich szkołach

Po politycznych marszach, traumie, której symbolem stało się zdanie "Jestem Charlie", władze francuskie starały się uczcić pamięć zamordowanych w zamachu osób minutą ciszy w szkołach. Jak się jednak okazało, nie było to możliwe, gdyż dla części uczniów, działania terrorystów były uzasadnione obrazą proroka.

Reklamy
Reklamy

Ta sytuacja ujawniła podziały we francuskiej szkole. Wychowanie państwowe, postulujące laickość, tolerancje, nijak się ma do wartości wyniesionych przez dzieci z domu. W szkołach doszło do konfliktów między uczniami. Wśród bardzo radykalnych opinii wygłaszanych przez małe dzieci, były i takie, które sugerowały wprost, że zamach był uzasadnioną karą.

Kryzys i pułapka politycznej poprawności

Francja zbudowana na zasadzie politycznej poprawności przeżyła ciężki kryzys. Zamordowani zostali satyrycy, którzy w imię wolności słowa, wyszydzali uczucia religijne, między innymi muzułmanów. Tu powstaje pytanie: Czym jest wolność słowa? Francuska polityka kulturowa od lat starała się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony, starano się, sugerując model laickiego państwa, nie dopuścić do ingerencji religii w życiu społecznym.

Reklamy

Z drugiej strony postulowano asymilację środowisk muzułmańskich, silnie związanych ze swą wiarą i tradycją. Eksperyment się kompletnie nie udał. Imigranci, a także obywatele francuscy pochodzenia arabskiego, stali się obrońcami tradycyjnych wartości, wyszydzanych nad Sekwaną. Muzułmanie mają dużo dzieci, chodzą do meczetów, korzystają z dobrodziejstw francuskiej polityki prorodzinnej, trzymają się swoich rdzennych grup etnicznych.

Kim jest przeciętny Francuz, mający korzenie europejskie? Jest to produkt medialny, chodzący na smutne manifestacje z tabliczką "Je suis Charlie". Jest zamożny, nie ma rodziny, w nic nie wierzy, jest zwolennikiem asymilacji imigrantów, którzy stoją na straży konserwatyzmu. Ten przeciętny Francuz gdzieś się zagubił, stał się karykaturą rdzennego Francuza, który w przeszłości, w ramach buntu, wznosił hasła "wolność, równość braterstwo". Polityczna poprawność wpadła w pułapkę, gdyż zaprosiła do Francji ludzi, którzy są wielkimi przeciwnikami liberalizmu.

Uległość

Zamach na Charlie Hebdo zbiegł się z premierą głośnej książki Michela Houellebecqa "Uległość".

Reklamy

Francuski pisarz kreuje w niej wizję Francji przyszłości, rządzonej przez muzułmanów, którzy z czasem starają się narzucić swoje prawa. Co ciekawe, Houellebecq był wyśmiewany także przez satyryków z Charlie Hebdo, którzy około dwa tygodnie przed zamachem, też zamieścili jego karykaturę. Wizja pisarza wydaje się wielce prawdopodobna. Jego argumenty mają posłuch wśród członków narodowych partii prawicowych. Co ciekawe, tytułowa "uległość" staje się cechą francuskiego mainstreamu. Francja po zamachu, chyba bardziej boi się nastrojów antyislamskich niż kolejnych aktów terroru.

Niepewne francuskie jutro

Powstaje pytanie: Jaka będzie rzeczywista przyszłość Francji? Moim zdaniem, przy obecnym trendzie demograficznym, scenariusz jest tylko jeden. W krótkim czasie liczba osób pochodzenia arabskiego, przewyższy rdzennych Francuzów. Religijni tradycjonaliści muzułmańscy będą mieć większość i postanowią zmieniać laicką rzeczywistość, której nienawidzą. I narzucą swe racje siłą. Już dzisiaj, przeciwko kolejnej karykaturze Mahometa, protestuje cała Algieria, która jest matecznikiem wielu imigrantów we Francji. Ci ludzie na pewno nie identyfikują się z hasłem "Jestem Charlie" i potrafią głośno i groźnie to komunikować.