Gdybyśmy poszli w tamtą stronę to jak myślisz, spotka nas coś ciekawego – zapytała moja małżonka, gdy wybraliśmy się na spacer po Szklarskiej Porębie. Druga strona wyglądała podobnie do tej pierwszej, więc do stracenia mieliśmy tyle co nic. Poszliśmy.

Podziwiając widoki, kontemplując(trudne słowo) wiosenne przeobrażenia przyrody, nastrajaliśmy się optymistycznie do właśnie rozpoczętego dnia. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że tuż za rogiem - jak w pewnej piosence - czeka Anioł z Bogiem, a poważnie mówiąc - na naszej drodze stanie brodaty Kustosz ze swoim osobliwym skansenem. I na dodatek z drużyną Wikingów.

Tablica z reklamą skansenu rzuciła nam się w oczy zupełnie przypadkowo

Nie namyślając się długo, postanowiliśmy zajrzeć tylko „na chwilę”. Drewniana palisada i umieszczony na nim drewniany kloc w formie szyldu obwieszczał wszem i wobec, że oto wchodzimy na teren skansenu „Żelazny Tygiel”, pełną zagadek i tajemnic posesję Walończyków.

Takiej frajdy nie sposób było ominąć. Pani w drewnianej chatce, służącej za informację i kasę, pobrała od nas zupełnie współczesne pieniądze i w zamian obwieściła, że już za momencik Kustosz oprowadzi nas po skansenie i poopowiada jak to kiedyś bywało. "Jak się do Karkonoszy przyjeżdża, to trzeba wiedzieć kim byli Walończycy" – powiedziała pani kasjerka i dodała, że karkonoskie legendy bez tej o ludziach gór są zupełnie niezrozumiałe.

Po takiej zachęcie pozostało nam już tylko oddać się w ręce przewodnika

Przygoda rozpoczyna się od wysłuchania kilkuminutowej, barwnej i ciekawej historii o Walończykach, czyli tych, którzy przybyli tutaj dawno temu w poszukiwaniu różnych minerałów. Ciekawa opowieść pochłonęła nas na kilka minut i zupełnie oderwała od rzeczywistości. Kustosz w stroju z epoki opowiadał o dzikich terenach, surowym klimacie, bezdrożach i o ludziach którzy szukali tu rudy żelaza, kamieni półszlachetnych oraz tych bardziej cenionych - jak rubiny, granaty, cyrkony.

Później ten potomek Walonów zaprowadził nas na teren skansenu. Pokazał nam, jak trudna była praca górników, pozwalał dotknąć i popracować zrekonstruowanymi maszynami. Opowiadał przy tym historie niebywałe w tak ciekawy sposób, że zupełnie się zapomnieliśmy w tych kronikach. Bawiliśmy się przy tym znakomicie.

Jak tworzono kopalnie, jak radzono sobie z wymianą powietrza pod ziemią?

W jaki sposób wypompowywano wodę, jak kruszono rudę i kto „dostawał od tego korby” a nawet dlaczego niektórzy z górników mieli „siano w głowie” - dowiedzieliśmy się właśnie wtedy.

Wszystkie maszyny i urządzenia wykonano na podstawie dawnych rycin. Nie było to łatwe, ponieważ jednostki miary były wtedy zupełnie umowne. W działającej kuźni, waloński kowal zapoznał nas ze sztuką wyrabiania żelaza z okolicznej rudy i tworzenia z niego prostych gwoździ oraz tak skomplikowanych wyrobów, jak stalowa kolczuga.

Nieopodal grupa rekonstrukcyjna Wikingów zasiadła na ławach. Jedni zajmowali się tkaniem, inni wyrabianiem naczyń glinianych a jeszcze inni prężyli muskuły pod strojami z epoki. Tu też usłyszeliśmy ciekawe i barwne opowieści o czasach dawnych i trudnych oraz o mieszkańcach z tamtego okresu, w których wcielili się ci młodzi ludzie.

Zwiedzanie skansenu „Żelazny Tygiel” okazało się strzałem w dziesiątkę

Dzięki tej niespodziewanej przygodzie, skosztowaliśmy nieco uczucia, jakiego przyszło doznawać onegdaj ludziom specyficznym, tworzącym zamkniętą grupę i wyróżniającą się na tle lokalnej społeczności. Nazywali się Walonami i byli poszukiwaczami minerałów. Swoich tajemnic strzegli z narażeniem życia. Wszystkich ich łączyła magiczna więź, polegająca na bliskich kontaktach z siłami nadprzyrodzonymi i stosowaniu praktyk magicznych. Jeśli będziecie tu kiedyś i zechcecie poczuć tą magię - to wycieczka do skansenu w Szklarskiej Porębie powinna bez wątpienia stać się obowiązkowym punktem programu.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#społeczeństwo #podróże po Polsce #historia