Lato. Minęły około 2 miesiące od mojego (niestety) powrotu z prawie rocznego pobytu w Macedonii. Gruzińska wyprawa okazała się dowodem na to, że najciekawsze rzeczy zawsze przychodzą niezapowiedziane, nawet nie pukając do drzwi. Zamiast tego po prostu wchodzą w daną chwilę i odmieniają całe życie.

Zacznijmy jednak od początku. Czerwiec, nawet słoneczny dzień; jak zawsze rozpoczęty od filiżanki gorącej kawy po turecku. Sprawdzam maila i widzę - Bożko, Macedończyk, gość który potrafi zmieniać rzeczywistość i dawać młodym ludziom impuls do działania. Przesyła pozdrowienia i zaproszenie na miesiąc w Gruzji. Myślę, "No Stary, to teraz Cię poniosło", ale po niespełna miesiącu jestem już w pociągu do Warszawy i dalej...

Reklamy
Reklamy

na drugą stronę Morza Czarnego. Minął kawał czasu od mojego projektu w Macedonii. Etap dostrajania się do rzeczywistości "po" też już w zasadzie minął. Nadszedł więc czas, by się jakoś do niej dostosować i na przykład poszukać PRACY. Jak się okazało, Gruzja całkiem nieoczekiwanie w tym pomogła.

Po ponad trzech godzinach spokojnego lotu, z małymi turbulencjami przy lądowaniu, znalazłem się na lotnisku w Kutaisi. Zabawne wrażenie gdy przestawia się czas... gdyby ten samolot był szybszy, można by mówić, że podróże w czasie są możliwe. Wychodzę z samolotu na pas startowy i dalej do autobusu. Nigdy jeszcze nie byłem w tej strefie klimatycznej. Pada deszcz, ale wydaje się, że i tak nie ma to znaczenia, ponieważ wilgotność powietrza jest strasznie nieznośna.

Port lotniczy Kutaisi wita białą, nowoczesną bryłą.

Reklamy

To niewielkie lotnisko, nie z gatunku tych wielkich jak Zurich czy Madryt. Tu jest check in, pas na bagaże, posterunek policji, kantor i miejsce gdzie można kupić bilet autobusowy do miast na terenie Gruzji. To wszystko.

Cały mokry, nie wiem czy to z tego deszczu czy z wilgotności, w sumie bez znaczenia, wsiadam do busa, czyli marszrutki. Moim celem jest spotkanie z grupką, którą mnie tu zaprosiła. Chcę też zobaczyć Kobuleti, miasteczko nad morzem. Jeśli myślicie, że polscy kierowcy jeżdżą szybko, to zapraszam tu. Jedziemy Fordem Transitem wygodnie i dosyć szybko. Lubię Gruzińskich kierowców. Faktycznie szybko, ale jakimś dziwnym instynktem potrafią przewidzieć zagrożenie, to coś jak rollercoaster. Tylko, że na żywo.

Kobuleti wita mnie ulewnym już deszczem. Kierowca marszrutki podrzuca mnie bezpośrednio pod hotel. Rzuca "do widzejina" - tak, lubią tu nas. Przebiegam przez jezdnię na drugą stronę - nie jest to łatwe. Tutaj panuje bardzo oczywiste rozgraniczenie "auto ma drogę, człowiek ma chodnik, człowiek uważa na drodze, bo jest mniejszy i to człowieka będzie bolało".

Reklamy

Zastanawia liczba Toyot Land Cruizer i podobnych pojazdów w dosyć biednym przecież kraju. Swoją drogą jak ja lubię to określenie "biedny". My, Europejczycy, dosyć łatwo szufladkujemy. Wychodzi na to, że wygodne nam siedzieć w naszej niby logicznej, a jednak nudnej i pełnej barier rzeczywistości.

Kobuleti jest małą nadmorską miejscowością, położoną w dosyć wygodnym miejscu, blisko Batumi - stolicy regionu. Interesującą propozycją są prawie regularne połączenia autobusowe z Erywaniem, niestety nie mogłem skorzystać z tej opcji z powodu zarezerwowanego już biletu powrotnego. Jestem pewien, że gdy następnym razem odwiedzę to miejsce, Armenia będzie już punktem obowiązkowym. Same Kobuleti można postrzegać jako wygodną bazę wypadową nad nadmorskie miejscowości i dalej. Jest tu taniej niż w Batumi, o którym będzie później, ale same miasteczko ma także coś do zaoferowania.

Miejscem obowiązkowym powinien być targ. To zawsze jedno z pierwszych miejsc, które staram się znaleźć, gdy jestem w nowym miejscu. Wizyta na targu, pomaga dowiedzieć się czegoś o ludziach w danym miejscu. Poza tym daje szanse na zakup interesujących rzeczy. Targ w Kobuleti znajduje się w centralnej części miasta, lecz z dala od zatłoczonej promenady. Najlepiej jest odnaleźć postój taksówek i siedzibę lokalnych władz, wtedy należy wejść w jedną z bocznych uliczek w kierunku odwrotnym do ratusza. Po chwili znajdujemy się na tętniącym życiem, wiejskim targu, gdzie można kupić dosłownie wszystko. Pierwszy raz mogłem poczuć w powietrzu mieszankę zapachów przypraw, papryki, kawy i herbaty. Kawa, którą możecie tam kupić idealnie nadaje się do parzenia w tradycyjnym tygielku Cezve. Do tego oferuje lekko czekoladowy posmak. Czarna herbata jest natomiast niezwykle intensywna w zapachu i smaku. Przechodząc przez targ można zaopatrzyć się w świeże pieczywo, owoce (tutejsze figi niezwykle słodkie i aromatyczne dodadzą Wam energii na cały dzień) i suszone lub grillowane rybki. Wchodząc w głąb targowiska dochodzicie do części "przemysłowej", a tam można już znaleźć wszystko, czego tylko dusza zapragnie.

Kobuleti ulokowane jest w zasadzie wzdłuż dwóch równoległych ulic i nadmorskiej promenady. Dla amatorów wina polecam drugą ulicę oddaloną od morza. Kierujcie się w stronę wjazdu do miasta od kierunku Kutaisi, od targu droga do miejscowej winiarni zajmie wam około 20 minut spacerem. Na miejscu znajdziecie bardzo wyraziste wina i szlachetne koniaki,wszystko prosto od właściciela. Na ścianach sklepiku przy winiarni można z łatwością odnaleźć podpisy gości. Z całej Europy i nie tylko.

Ludzie są niesamowicie ciepli i gościnni, w drodze do winiarni zostałem zaproszony na przykład na partyjkę, lub może bardziej lekcję gry w Tryktrak. Przechodząc ulicami miasteczka, razem z przyjaciółkami z Rosji i Ukrainy zauważyliśmy grupkę mężczyzn w średnim wieku. Grali właśnie w Tryktrak.

Tryktrak, Backgammon lub prosto - Tabla yo gra planszowa bardziej niż w innych częściach świata znana bardziej w basenie Morza Śródziemnego. Dwóch graczy gra swoimi pionkami, przesuwając je we własnym kierunku. Jeden gracz gra zgodnie z ruchem wskazówek zegara, drugi gracz przesuwa swoje pionki w przeciwną stronę. Plansza składa się z 24 pól w kształcie trójkątów. Po 12 dla każdego gracza. Chodzi o to, by przenieść swoje pionki na "dwór",czyli za planszę. Naczelną zasadą jest, by nie pozostawiać pionków z tyłu, gdyż łatwo mogą wtedy być zbite przez przeciwnika. Znałem tę grę z Macedonii i Bośni, ponieważ jest też dosyć popularna na terenie byłej Jugosławii. Okazuje się jednak, że gra w wydaniu tych gości była jak lekcja pokory otrzymana od starszego chińskiego mistrza z jasnymi włosami i brodą do pasa. Raz wygrałem, choć chyba przez grzeczność gospodarzy.

W miasteczku znajdują się dwa stare kościoły, lecz niestety oba w dosyć złym stanie. Jak określiłem wcześniej - Kobuleti to dobra bazaj, lub zwyczajnie miejsce na wypoczynek, bo przy samej promenadzie praktycznie każdy kto ma dom wynajmuje kwatery. Plaża jest dosyć szeroka, a lokalne knajpy oferują wszystko, czego pragnie ktoś, kto chciałby się zwyczajnie zabawić i "zresetować". Uwaga na wódkę, Gruzja słynie z wina i "Czaczy" - tutejsza odmiana Rakji. I przy tym zostańmy.

Stalowe niebo, które w mgnieniu oka przemienia się w błękitny raj, ciężki klimat z powiewami nadmorskiego powietrza, turyści nie są tu niczym nowym, bez problemu dogadacie się po angielsku, rosyjsku czasem usłyszycie też polski. Jeśli szukacie miejsca, gdzie jest jeszcze więcej ogromnych Toyot, budynki maja złotą elewację, a policja po głównym bulwarze jeździ na Seegway'ach, to serdecznie zapraszam do lokalnej stolicy- Batumi. Niezwykle istotny port, po tej stronie Morza Czarnego, wita nas żurawiami i wspaniałym widokiem na Wieżę Alfabetu. To nowoczesny kompleks rekreacyjny, który wtedy jeszcze był niestety nieczynny. Batumi oferuje wszystko, czego dusza zapragnie. Wspaniałe specjały gruzińskiej kuchni to jedna z takich rzeczy, choć jeśli ktoś będzie miał ochotę, to na pewno znajdzie również restauracje tureckie, irańskie i całkiem dla nas zwyczajne, europejskie. Serdecznie polecam restaurację gruzińską w porcie. Tę usytuowaną zaraz przy wejściu do kolejki górskiej.

Dobrym pomysłem na poznanie miasta i rozeznanie się w jego topografii, jest wycieczka właśnie tę kolejką górską, która zabiera nas na pobliski szczyt. Jak zwykle, sercem miasta dla zwykłych ludzi jest targ, miejsce kilka razy większe od tego z Kobuleti, lecz generalnie zasada jest taka sama. Dużo wszystkiego, jedzenie świeże, towarów mnóstwo. Punktem obowiązkowym powinna być także miejska promenada.

Jeśli chcielibyście zobaczyć jak najwięcej zabytków, koniecznie musicie odwiedzić ruiny twierdzy Gonio, które znajdują się dosyć blisko Kobuleti i Batumi. To idealne miejsce, aby zobaczyć jak na przestrzeni wieków ewoluowała lokalna sieć kanalizacyjna, ponieważ sama twierdza przechodziła z rąk do rąk, będąc pozostałością po Rzymianach i Bizancjum. Na dodatek jesteśmy otoczeniu przez kwiaty, feerię barw i zapachów subtropikalnej roślinności, owoce. To wszystko przypomina, że obok ruin jest coś,, gdzie można się zwyczajnie zrelaksować i zapomnieć o całym świecie.

Gruzja to nie tylko raj dla turystów. Jako kraj, który stosunkowo niedawno wydostał się spod panowania sowieckiego dalej boryka się z trudnościami ze strony agresywnego północnego sąsiada, Gruzja stara się robić wszystko co możliwe, by przyciągnąć kapitał. Logicznym posunięciem jest zatem ułatwienie startu biznesu. Wszystko po to, by podnieść poziom życia ludności i zaprosić zagraniczny kapitał, który pomógłby w rozwoju tego przepięknego kraju.

Warto zatem dodać, że Gruzja w 2015 roku, zajęła wysoką, 15 lokatę w prestiżowym rankingu "Doing Business", znacznie wyprzedzając Polskę, która zajęła 32 miejsce.

Jeśli szukacie gór, morza, historii, dosyć przystępnych cen, niezwykle ciepłych ludzi, którzy przyjmą Was pod swój dom z otwartymi ramionami, to Gruzja jest idealnym miejscem na wyprawę. To tu zdecydowałem o następnej wyprawie do Bułgarii, która trwa do tej pory. Postaram się opisać moje wrażenia ze wszystkich miejsc, które miałem okazję do tej pory zobaczyć.

Co do Gruzji pamiętajcie, że szkoda tam tylko siedzieć na plaży. Po tym kraju trzeba chodzić, aby poznać jego pełną magię. #turystyka #podróże zagraniczne