Lotnictwo, jakby nie patrzeć, to wciąż najbezpieczniejszy środek transportu, a katastrof i ich ofiar jest z roku na rok coraz mniej. Jeżeli już się jakaś zdarzy jest mocno nagłaśniana przez media, co jeszcze bardziej świadczy o ich rzadkości. Coraz częściej ten szum medialny z powodu de facto czyjejś śmierci staje się wręcz niezdrowy i to stąd, a nie z realnego zagrożenia bierze się choćby podświadome przekonanie o możliwej katastrofie, gdy wsiadamy na pokład samolotu. Uwierzcie mi - jeżeli w telewizji tyle samo czasu poświęcałoby się wypadkom samochodowym, to po pierwsze nie starczyłoby czasu antenowego, a po drugie już nigdy nie wsiedlibyście do żadnego auta. Dlaczego tak się dzieje - boimy się czegoś co jest bardzo rzadkie, mimo że gorsze rzeczy mogą nas spotkać codziennie i to wszędzie, tylko nie w samolocie. Mimo tego ostatnio, zwłaszcza od czasu katastrofy samolotu linii German Wings w Alpach miesiąc temu, możemy zauważyć duży spadek zaufania ze strony pasażerów do pilotów. Szczególnie po tym wypadku w Internecie znajdowaliśmy osoby, które zarzekały się, że nie wsiądą do żadnego samolotu, oraz pilotów, którzy opisywali, że pasażerowie zaczęli ich traktować jak podejrzanych, czy potencjalnych zabójców. Inni podróżni opisywali całe mowy kapitana przed odlotem o jego i drugiego pilota rodzinie, osobowości, oraz że na pewno nie planują popełnić samobójstwa.

Opisywana przeze mnie katastrofa miała miejsce prawie miesiąc temu i zapewne nie wracałbym do tego tematu, gdyż oczywiście nie popieram tego szumu medialnego wokół rozbitych samolotów, gdyby nie jeden szkopuł. Otóż w polskich serwisach informacyjnych pojawiła się kwestia łudząco podobna do tego, o co oskarżany jest Andreas Lubitz - drugi pilot feralnego lotu German Wigns. Mianowicie bardzo prawdopodobne jest, że większość załogi Tu-154, który 5 lat temu rozbił się w Smoleńsku nie miała uprawnień żeby tego dnia wejść na pokład samolotu, a co dopiero go pilotować. Czy ta zbieżność jest przypadkowa, a może więcej pilotów z linii lotniczych nie ma uprawnień, by nas bezpiecznie przewozić?

Co ukrywa German Wings?

Zacznijmy jednak od początku i omówmy wszystko dokładnie, po kolei. Skupimy się na dwóch już wyżej opisanych przypadkach, bo wcześniejsze incydenty z pilotami miały miejsce dawno, a lotnictwo zmienia się tak szybko, że nie sposób ich przyrównać do naszych czasów.

Po katastrofie Airbusa A320 linii w Alpach dosyć szybko poznano hipotetyczne rozwiązanie. Wrak nie leżał w całkowicie niedostępnym terenie, więc znalezienie czarnych skrzynek było tylko kwestią czasu i to dosyć krótkiego, jak się okazało. Cień uzasadnionych podejrzeń o spowodowanie katastrofy, która pochłonęła 150 osób padł na drugiego pilota samolotu - Andreasa Lubitza. Policja i prokuratura zaczęły, więc niezwłocznie przeszukiwać jego mieszkania, sprawdzać wyniki badań, życie prywatne oraz historię jego poczynań w liniach lotniczych. Po tym wszystkim służby dokonały nieprawdopodobnych i przerażających zarazem odkryć. Lubitz nie dość, że w ogóle nie powinien zostać pilotem, to w dziwny sposób znalazł zatrudnienie w liniach German Wings. Nie mówiąc już o tym, że tego dnia nie powinien nawet zbliżyć się do żadnego samolotu, bo był na zwolnieniu lekarskim. Mimo to bez żadnych przeszkód znalazł się w grafiku lotów i co najgorsze - poleciał. Równocześnie nie dość, że rzuciła go dziewczyna, to okazało się, że German Wings dopuszczając do służby chorych psychicznie pilotów nie rozpieszcza ich wysokimi zarobkami. Tymczasem większa i więcej płacąca Lufthansa postąpiła mądrze (choć z perspektywy czasu może nie do końca) nie przyjmując Lubitza do swoich szeregów, ale tylko go tą decyzją rozzłościła. Mamy więc mieszankę wybuchową.

Po tych wszystkich oskarżeniach w stronę linii German Wings, które powinny mieć pod kontrolą stan zdrowia swoich pilotów zaczęła się jakaś dziwna farsa. Mówię o tym, że linie początkowo dziwiły się na wieść o wszystkim odnośnie Lubitza, by ostatecznie potwierdzić, że dobrze wiedzieli o jego chorobie, oczywiście między tymi wersjami kilkukrotnie zmieniając swoją wersję. Co to, zatem oznacza? Czy #linie lotnicze nie kontrolują stanu zdrowia swoich pilotów i ukrywają ich choroby? Nie wrzucałbym wszystkim przewoźników do jednego worka, ale nie znamy skali tego problemu i może on dotyczyć wielu linii lotniczych, chociaż w szczególności tych tanich.

Kto leciał Tupolewem?

Chciałoby się teraz zażartować: to nie piloci są winni katastrofie w Smoleńsku, bo żadnego nie było na pokładzie samolotu. Czy nagle okaże się, że żaden pilot nie będzie miał wymaganych do latania uprawnień? Nie do końca, bo tutaj sytuacja jest trochę inna. Katastrofa w Smoleńsku to sprawa czysto wojskowa. Samolot był własnością Ministerstwa Obrony, a piloci pochodzili z 36. Spec-pułku Lotnictwa Transportowego ich przełożonym nie był właściciel linii lotniczych, a gen. Błasik, który też w tej historii gra pewien epizod.

Czy w takim razie personel nie powinien być jeszcze lepiej kontrolowany? Okazuje się, że Wojsko Polskie przebiło wszelkie tanie linie lotnicze, fałszowanie dokumentacji i naginanie prawa, lub wręcz jego łamanie były tam na porządku dziennym. Oto, co pokazują najnowsze ustalenia: dowódca lotu do Smoleńska "kpt." Arkadiusz Protasiuk tytuł miał tylko teoretyczny. Wzięło się to z fałszowania dokumentacji o warunkach pogodowych podczas jego szkoleń i mógł on w ogóle nie latać przy panującej mgle, a jego doświadczenie było minimalne, ale nie na stopień kapitana, a zaledwie drugiego pilota. Jak już przy nim jesteśmy, to także major Robert Grzywna ma trochę na sumieniu. Trafił do pułku na niedługo przed kwietniem 2010 r. i przeszedł zaledwie przyspieszony kurs. Gdy leciał razem z prezydentem do Katynia, był to jego zaledwie czwarty lot Tu-154. Został jeszcze nawigator, Artur Ziętek, który swoje stanowisko pełnił tylko teoretycznie. Oznacza to tyle, że zdał egzamin na papierze i miał rozpocząć loty szkoleniowe. Zamiast tego w pułku został od razu nawigatorem, chociaż nie miał wymaganej wiedzy. W dniu katastrofy miał już spory nalot, ale nie na Tu-154, którym leciał po raz pierwszy. Jedyną osobą, która miała ważne uprawnienia i miała prawo tego dnia wejść na pokład samolotu był mechanik samolotu, Andrzej Michalak, który jednak z racji stanowiska nie miał mocy decyzyjnej w kluczowych momentach lotu. Łącząc powyższy dane z rzekomym, acz bardzo prawdopodobnym przeszkadzaniem ze strony gen. Błasika i innych pasażerów, presją czasu i tą ze strony pana prezydenta tworzyło sytuację, która tylko cudem mogła nie skończyć się katastrofą. Przez wiele lat działania 36. pułku takie cuda się zdarzały, ale jak było 10 kwietnia, wiemy wszyscy.

Co zatem zrobić?

Teraz, gdy na jaw wyszło tyle niewygodnych faktów, należy przede wszystkim podjąć natychmiastowe działania. Drogą i czasochłonną, ale za to najbardziej racjonalną wydaje się sposób, by sprawdzić wszystkich pilotów latających w liniach lotniczych. Trzeba by było utworzyć duże centra medyczne na każdym kontynencie i wzywać po kolei różnych lotników, żeby byli badani przez podobny zespół lekarzy z wyeliminowaniem subiektywności. Wyniki tych testów byłyby jawne też dla przewoźnika, żeby następny Andreas Lubitz, nic przed nim nie ukrył. Równocześnie inna grupa sprawdzałaby ważność szkoleń i uprawnień pilotów, oraz jakość nauki w różnych centrach szkoleniowych. Wykluczone jest jednak utworzenie jednego centrum na cały świat, bo praktyka lotnicza, jak choćby hierarchia w kokpicie wyglądają trochę inaczej w różnych częściach globu. Tego się zmienić na razie nie da, bo walka o ujednolicenie trwa od lat, ale trzeba to na razie wziąć pod uwagę.

Aktualnie nie widzę lepszej metody na rzetelne sprawdzenie aktualnego stanu fachu pilotów. Oczywiste jest, że nie skontrolujemy obiektywnie wszystkich jego przedstawicieli, ale ewentualny błąd od normy będzie zaledwie niewielki, oraz nieporównywalnie mniejszy od aktualnego stanu rzeczy. Inaczej będzie to wyglądało w wojsku, bo nie tak łatwo wpłynąć na ichniejszy, zamknięty świat. Koszty przedsięwzięcia będą ogromne, ale chodzi o nasze bezpieczeństwo i przywrócenie zaufania pasażera do pilota, po osoba podróżująca samolotem, tylko jemu może zaufać.

>>>> Zobacz: Katastrofa smoleńska: stenogramy RMF. Skąd i po co ?

Smoleńsk - 5 lat po odejściu na ostateczny krąg #katastrofa smoleńska #germanwings