Mark Twain twierdził, że Mauritius został stworzony, zanim powstał Raj i posłużył za model do jego budowy. Wyspa ta uwielbiana jest za niecodzienne krajobrazy, najpiękniejsze plaże świata i przezroczyste laguny, gdzie można oddać się rozkoszy oglądania rafy koralowej. Poza tym wyspa przyciąga znakomitą miejscową kuchnią, stylowymi hotelami i kosmopolityczną ludnością. To właśnie tu na cudowny Archipelag Wysp Maskareńskich, który tworzą także Wyspa Reunion i Madagaskar nie dotarła jeszcze szeroko pojęta komercja i zwykłe cwaniactwo. I dlatego warto zobaczyć ten ostatni skrawek Raju.

Jak na Titanicu

Wspólnie z synem, moim towarzyszem podróży mieliśmy nadzieję, że tym razem dolecimy do celu normalnie. Bez dodatkowych atrakcji i szalonych niespodzianek. Kto by pomyślał, że w środku lata na tych cudownych plażach panują cyklony? Szalony wiatr na Mauritiusie uniemożliwił nam lądowanie. Jak te pogodowe szaleństwa mają się do opinii Marka Twaina który uważał że wyspa jest tak piękna i kusząca że Bóg stworzył ją jako pierwszą. Czyżby Twain się pomylił? A może wypił za dużo miejscowego rumu i pewne rzeczy wydały mu się bardziej kolorowe niż są naprawdę.

Nie sądzę, że ktoś przy zdrowych zmysłach wybierając letnie wakacje na Mauritiusie przewidział wariacje pogodowe w postaci szalejących wiatrów. Stało się, bomba wybuchła. Na lotnisku w Paryżu dowiedzieliśmy się, że dzisiejszą noc spędzimy wsłuchując się w komunikaty odwołujące loty zamiast słuchać cudownego odgłosu fal Oceanu Spokojnego. No cóż, na pewne rzeczy nie mamy wpływu i niema, co się denerwować. Lepiej zaplanować jak interesująco spędzić kolejny dzień w francuskiej stolicy, tak żeby pozostał jak najdłużej w naszej pamięci. Zanim opuściliśmy lotnisko czekały nas dwie godziny rozmów z przedstawicielami Air France. Potem dotarliśmy do hotelu. I jak tu się nie wkurzać, kiedy widać jak na dłoni, że business lass jest obsługiwana sprawniej i szybciej niż my "hołota" z klasy ekonomicznej. Po raz kolejny sprawdza się maksyma z, Titanica- kto silniejszy, dzisiaj bogatszy ten ma większe szanse na przetrwanie. Na szczęście już następnego ranka w romantycznym Paryżu słońce budzi nas do życia.

W paryskiej rikszy

Postanawiamy od razu udać się do serca metropolii. Swoje pierwsze kroki kierujemy na "Champs Elysees". Szerokie ulice, bogate wystawy sklepowe najlepszych projektantów mody oraz idealnie przycięte aleje parkowe od razu pokazują, że znaleźliśmy się w mieście wyjątkowym. Gdzie panuje porządek i dba się o każdy szczegół, ceny zaś przyprawiają o zawrót głowy-nawet najbogatszych. Bo jak inaczej określić sytuację kiedy za roczny karnet fitness trzeba zapłacić ponad 3 tys. euro a torebka od Prady kosztuje 10 tys. zł. Na podziwianie uroków Paryża mam tylko kilka godzin. Zaczyna padać i porywisty wiatr przeszywa od środka. "Co bierzemy autobus czy rikszę?"- pytam Damiana, bo chodzenie pieszo zdecydowanie wyklucza pogoda. "Pewnie, że rikszę" odpowiada, będzie się działo.

I ma racje. Nasz przewodnik z pochodzenia Rumun mknie ulicami Paryż jak szalony. Nie zważa na trąbiące auta, nie straszne mu uliczne korki, nic sobie nie robi z wysokich krawężników. Jest nawet szybszy od turystycznego autobusu i przed każdą, ważną atrakcja pojawia się pierwszy. Głowy raz po raz podskakują nam niczym na sprężynie, a on z dumą kolejno przedstawia mijane zabytki. I tak, opowiada o historii: paryskiej Opery, Galerii La Fayetta czy katedry Notre Damme. To było fantastyczne przeżycie a nasz przyjaciel z krainy Draculi z pewnością zasłużył na sowity napiwek.

Wreszcie u celu

Do ostatniej chwili nie było pewne czy po 24 godzinach oczekiwania polecimy, w końcu Bóg się zlitował i przepędził szalejący wiatr. 14 stycznia w samo południe wylądowaliśmy bezpiecznie na Mauritiusie. Przygoda z cudowną wyspą rozpoczęła się od zagubionej walizki, która zwyczajnie nie doleciała, po paryskich perypetiach nie wywarło to na nas już żadnego wrażenia. Z uśmiechem powitaliśmy lokalną przewodniczkę Dorotę, która od 24 lat zamieszkuje na wyspie. Jak się okazało studiując w New Delhi, w Indiach na uczelni poznała przystojniaka z raju i tak już zostało. Dziś oprowadza wycieczki z całego świata, bo Mauritius zna jak własną kieszeń. Z tak bogatej wiedzy bez zastanawiania, postanowiliśmy skorzystać. Dowiedzieliśmy się między innymi, że wyspa została po raz pierwszy zauważona przez Arabów już w IX wieku, jednak ci nie zainteresowali się nią zbytnio. Dopiero wiek XVI przywiodło tu Holendrów i dzisiejsza nazwa pochodzi właśnie od księcia holenderskiego Maurycego Van Nassau. Ci właśnie Holendrzy sprowadzili na Mauritius wszystkie zwierzęta, poza słynnym ptakiem Dodo. Ten endemiczny olbrzym, którego rozpiętość skrzydeł przekraczała 3 metry a waga dochodziła do 30 kilogramów do dziś jest symbolem raju na Oceanie Spokojnym. Po zwycięskiej bitwie Napoleona w 1810 roku w Grand Port kontrolę nad wyspą przejęli Francuzi jednocześnie zmieniając jej nazwę na "Isle de France". Ci z kolei musieli uznać wyższość Brytyjczyków, którzy przez kolejne 150 lat niepodzielnie panowali na Mauritiusie. Dlatego też wyspa jest niesamowitą mieszanką nie tylko narodowości, ale i religii. Jakby tego było mało Francuzi sprowadzili na wyspę niewolników z Afryki Kreoli a Brytyjczycy Hindusów z tego powodu na wyspie język angielski jest jedynie językiem bardzo oficjalnym, na co dzień wiodące stanowią francuski i kreolski. Dodatkowo dzieci mniejszości narodowych z Indii w szkołach uczą się: hindi lub tamilskiego, a potomkowie Chińczyków mandaryńskiego. Co interesujące edukacja na Mauritiusie rozpoczyna się bardzo wcześniej, bo już w wieku lat 5, szkoła podstawowa trwająca 6 lat jest bezpłatna i obowiązkowa. Kolejny etap nauki nie jest przymusowy i korzysta z niego jedynie połowa. Taka też liczba kontynuuje studia głównie za granicą: w Stanach, Australii i Europie, gdzie poziom wiedzy jest nadal zdecydowanie wyższy. Normalnie uczniowie na Mauritiusie mają duże wakacje od połowy listopada do połowy stycznia. Właśnie 13 stycznia, kiedy był pierwszy dzień nauki lekcje zostały odwołane z powodu cyklonu. Jak się dowiedzieliśmy średnia pensja na wyspie w sektorze państwowym to zaledwie 200-250 euro na miesiąc, dlatego też wielu mieszkańców dorabia przy hotelowym handlem i na taksówkach.

Wyspiarska kultura i kuchnia

Mix kulturowy dotyczący koloru skóry, wyznania i języka ma swoje odbicie w tańcu i muzyce. Narodowym tańcem jest sega- prawdziwy taniec zmysłów, który poprzez swoją prowokacyjną formę nie jednego przyprawia o zawrót głowy. W pełnych dwuznaczności pląsach dawniej niewolnicy na Mauritiusie wyrażali swe uczucia i podążając za szalejącą melodią opowiadali nie zawsze przychylną historię służby wobec panów. W tańcu sega rytm nadaje tamburyn wykonany z koźlej skóry, towarzyszą mu metalowy trójkąt i drewniana tuba wypełniona suchymi nasionami. Na koniec by wywołać śmielsze ruchy i wzmocnić siłę zalotów dołącza odgłos bębna, który dokładnie utrzymuje rytm bijącego serca zakochanych. Tak samo ważna jest kuchnia. Kreolskie dania wyraziste i pełni smaków, nie uznaje jałowości i przeciętności. Najbardziej popularna jest "Sałatka Milionera", którą robi się z serca palmy często dodając wędzonego merlina. Jeśli chodzi o zupy zdecydowanie króluje mocno doprawiony szafranem rosół z kraba. Zapiekanki wykonuje się głównie z dzikich ostryg. Tradycyjne dania często przygotowywane są jak dawniej, na kamieniu z lawy. Na straganach i hotelowych stołach piętrzą się: papaje, ananasy, gujawy i liczi. Ciekawostką są gorzkie pomarańcze i owoce pasji. Co do rumu, ten na Madagaskarze różni się od słynnego kolegi z kubańskiej Hawany, tym że powstaje na bazie ostatniego, a nie pierwszego soku z trzciny tak zwanej melasy. Najbardziej popularną odmianą herbaty na wyspie jest z ta o smaku waniliowym. I choć plantacji jest wiele nie dorównuje ona jakością siostrze z Cejlonu, gdyż najlepsza herbata świata dojrzewa na nasłonecznionych wzgórzach powyżej 900 m n.p.m. Na Madagaskarze z reguły wzniesienia nie przekraczają 600 metrów.

Fauna i flota jak z bajki

Na Mauritiusie jak na dłoni widać bogactwo fauny i flory. Pełno tu lasów mangrowych, które stanowią naturalną ochronę przed wdzierającym się coraz mocniej w ląd oceanem oraz bocianich drzew zwanych przez innych kroczącymi baobabami. Nazwanymi tak z powodu przemieszczają się wraz z korzeniami z miejsca na miejsce. Oprócz bajecznie kolorowych kwiatów surferskich hibiskus wyspa słynie z miejscowej odmiany zwanej fermipani. Najpiękniejsze i najważniejsze dla gospodarki jest od zawsze drzewo hebanowe, które wykorzystuje się na tysiące sposobów.

Jednak prawdziwa perła wyspy to Ziemia Siedmiu Kolorów zwana Chamarel. Ten cud natury to nic innego jak wulkaniczny unikat mający ponad 2 miliony lat. Mieni się wieloma kolorami w zależnością od pory dnia, pogody czy kąta padania światła. Niezwykłe wizualne efekty osiąga się wskutek erozji ziemi, która koreluje z metalami szlachetnymi. Z Chamarel jedziemy prosto nad Święte Jezioro Basin, które zachwyca nie tylko przepięknym krajobrazem, ale także odzwierciedla wierzenia miejscowej ludności. Hindusi wierzą, że pod koniec XIX wieku wlano tu wodę z Gangesu w Indiach i do dziś odprawiają pielgrzymki traktując zbiornik wodny niczym prawdziwą Mekkę. Przepełnieni mistyczną energią udajemy się do stolicy Mauritiusa- Port Louis. Lokalnym autobusem za 34 rupie, czyli 1 euro docieramy do celu naszej wycieczki. Nie doświadczylibyśmy prawdziwej przygody i nie byli tak blisko z ludźmi korzystając z hotelowego taxi. Droga, co prawda była wyboista i długa, ale dostarczyła niezapomnianych wrażeń. A to puścili muzykę, a to ktoś wstał i nieoczekiwanie zaczął tańczyć, działo się na okrągło. Samo Port Louis posiada przepiękną promenadę WaterFront, na której warto przysiąść, choć na chwilę. Zamówić pysznego drinka wyciskanego prosto z trzciny cukrowej i dać się ponieść pokusie nicnierobienia. Człowiek na kilkanaście minut zapomina o Bożym Świecie i docenia ziemskie uroki Raju na Mauritiusie. Fanów filatelistyki z pewnością przyciągnie Blue Penny, czyli Muzeum Poczty. To tu znajdują się dwa najcenniejsze znaczki świata - Pomarańczowy i Niebieski Mauritius. Ich wartości już w 1993 roku została wyceniona na 2,2 miliona dolarów każdy do dzisiaj cena podobno dwukrotnie wzrosła. Nie dziwi, więc fakt, że są pod szczególny ochroną. Gabloty, w których znajdują się oryginał podświetla się jedynie 3 razy dziennie niedużej niż na 10 minut.