Sprawa wydaje się z początku łatwa: zapisujesz się na kurs, zdajesz egzamin i już. Lecz rzeczywistość pokazuje, że to nie tak szybko i nie tak łatwo i żeby trenować innych, do przejścia jest długa i wyboista droga.

Wystarczy tylko powiedzieć, że na trzydzieści osób uczestniczących w tygodniowym zgrupowaniu we włoskiej miejscowości Livigno dyplom instruktorski otrzymała zaledwie szóstka, a pozostałych czekają poprawki w Białce Tatrzańskiej lub Czarnogórze. Z jednej strony bardzo wysoki poziom kursu nie powinien dziwić - bierzesz bowiem w swoje ręce ogromną odpowiedzialność za bezpieczeństwo ludzi w nieprzewidywalnym i zmiennym terenie, jakim są góry.

Reklamy
Reklamy

Tu może zdarzyć się wszystko: nagła lawina, spod której wydostać się nie sposób, lub wypadek na stoku, na który czasem zupełnie nie masz wpływu. Tak czy inaczej, wyzwanie to ogromne i jeśli chcesz połączyć pasję narciarską z miłością do gór i kontaktem z ciekawymi ludźmi, to praca instruktora narciarskiego jest strzałem w dziesiątkę!

Livigno: włoska czy polska mekka narciarska?

Wybór od początku nie podlega dyskusji: malowniczo położona włoska miejscowość Livigno. A powodów jest wiele: po pierwsze, jest tu 300 dni słonecznych dni w roku i są do wykorzystania dwa stoki: północny Motollino, gdzie świeci przed 12.00, i południowy Carosello, gdzie można opalać się po południu. Po drugie, włoska mentalność przyciąga jak magnes i jeśli wiesz, że wszystko będzie "tutto bene", a otwarci i ekspresywni Włosi zaskoczą cię gościnnością, aż chce się jechać.

Reklamy

Po trzecie, "la cucina italiana", czyli słynna włoska kuchnia, pełna świeżych pomidorów, rukoli i parmezanu, sprawia, że nie sposób się tu oprzeć pokusie kosztowania.

Jeśli dodamy do tego, że Livigno leży w strefie bezcłowej, gdzie butelka litrowej whisky kosztuje zaledwie 7 euro, nie dziwi fakt, że region ten jest tak chętnie odwiedzany przez naszych rodaków. Polski język słychać dosłownie wszędzie a wieczorami w największych klubach zdecydowanie dominującą grupą jest roztańczona i rozśpiewana polska brać. Czasami nie do końca wiadomo, czy Livigno aby na pewno do Włoch należy, gdyż liczba naszych rodaków w sezonie zdecydowanie przewyższa populację miejscowych "ragazzi italiani".

Tak czy inaczej, będąc już na miejscu, warto wybrać się na jednodniową wycieczkę do słynnego szwajcarskiego kurortu St. Moritz. Może nie po to, by napatrzeć się na panie w futrach i milionerów w najnowszych modelach mercedesów, lecz by nacieszyć oko cudownymi hotelami i wyciągami narciarskimi wokół malowniczo położonego jeziora.

Reklamy

Poza tym rokrocznie spotyka się tu śmietanka towarzysko-narciarska z całej Europy.

Bez przygód byłoby nudno...

Bilety do Livigno kupuję na miesiąc wcześniej, a bardzo atrakcyjna cena nie pozostawia wyboru, czy lecieć, czy jechać autokarem. Oszczędność czasu i co za tym idzie, życia jest ogromna, bo płacąc 500 zł więcej, jesteś na miejscu w 7 godzin zamiast w 24.

Jednak jak to w życiu, przygoda goni przygodę i już na lotnisku w Warszawie okazuje się, że lot do Bergamo będzie opóźniony o około 1,5 godziny. Przy okazji dowiaduję się, dlaczego nie o 2 czy więcej. Otóż opóźnienia powyżej 120 minut powodują obowiązek zwrotu kosztów pasażerom i WizzAir musiałby wypłacić każdemu od 250 euro wzwyż. A tak samolot "jak na złość" odleciał po godzinie i pięćdziesięciu minutach i rekompensat nie będzie. Nikogo nie interesuje, że możesz stracić kolejny lot lub tak jak w moim przypadku, nie zdążysz na opłacony wcześniej transfer busem do Livigno. Przecież taksówka z lotniska to wydatek "jedynie" 300 ruro...Szczęście w nieszczęściu sprawia, że ląduję na 5 minut przed odjazdem busa i zdążam powiadomić o opóźnieniu. Uff ... Zdążyłem, bezcenne... bo był to ostatni transfer tego dnia.

A może przeznaczenie, gdyż w samolocie spotkałem moją byłą dziewczynę, z którą nie widziałem się lat naście... Dziś jest szefową pokładu, ma 2 dzieci, ale jedno trzeba jej oddać: uśmiech i cudowne spojrzenie pozostały bez zmian...

Krótka historia narciarstwa

Narty związane są z historią człowieka od tysięcy lat. Szacunki zakładają, że ludzie używali prymitywnych przyrządów do poruszania się po śniegu już 9000 lat temu, czyli w epoce kamienia zwanej neolitem. Najstarsze dowody używania nart to ryty skalne sprzed 3000-5000 lat odkryte w Skandynawii i północnej Rosji. Natomiast najstarszą odnalezioną nartą jest eksponat ze szwedzkiej wyspy Hoting, którego wiek oceniany jest na 4000 lat.

Pradawne narty służyły człowiekowi do przemieszczania się i polowań. Ich budowa dostosowana była często do potrzeb uczestników. I tak wyróżniono: narty południowe długie i wąskie, arktyczne służące do wejścia pod górę podbite skórą fok czy północne, gdzie jedna była dłuższa od drugiej, podbite skórą reniferów. Istniały też narty ojca Urbana z jakże charakterystycznym kształtem gondoli. Od samego początku deskom towarzyszył jeden kij.

Pierwszym przełomowym okresem w rozwoju narciarstwa było średniowiecze, kiedy to do celów wojskowo-transportowych wprowadzono dwie deski. W XV wieku całe armie szwedzka i norweska poruszały się na nartach.

Kolejna ekspansja nart przypada na wiek XIX. Właśnie wówczas w Skandynawii narty odnalazły zastosowanie turystyczno-rozrywkowe. Głównie dzięki norweskim emigrantom, którzy docierając do najdalszych zakątków świata, krzewili ducha sportu. Przykładowo, znany norweski podróżnik Fridtjof Nansen opisał swe zmagania z przeciwnościami losu w czasie 39-dniowej wyprawy na nartach przez Grenlandię.

Jednak prawdziwe złote lata narciarstwa przypadają na wiek XX, kiedy deski trafiły pod strzechy, a ich powszechność związana była z ich wykorzystaniem w sporcie, turystyce i rekreacji.

Skandynawskie techniki jazdy i wiek XX

Lata dwudzieste XX wieku to czas, kiedy narty na dobre zadomowiły się w Europie i rozpowszechniono skandynawskie techniki jazdy: telemark oraz christianię. Ich nomenklatura pochodzi od historycznych krain geograficznych w Norwegii. Telemark to prowincja, a Christiania to pierwotna nazwa stolicy Norwegii - Oslo. Telemark, czyli pierwszy sposób kierowania nartami w czasie zjazdu, do dziś znajduje zastosowanie. Christiania, w domyśle skręt krótki, to obecnie już zapomniana ewolucja.

W 1919 roku założono Polski Związek Narciarski, a w 1924 roku międzynarodową organizację FIS. Pod wpływem działaczy skandynawskich na pierwszych igrzyskach olimpijskich królowały klasyczne dyscypliny: biegi i skoki. Z czasem do głosu zaczęły dochodzić dyscypliny alpejskie: bieg zjazdowy, slalom i slalom gigant. Największym ośrodkiem w tamtym czasie był austriacki Alberg i do dziś prowincja ta słynie z najlepszych szkółek narciarskich w Europie. Mistrzem techniki alberskiej był Toni Seelos, czterokrotny mistrz świata, któremu fakt bycia zawodowym instruktorem uniemożliwił wzięcie udziału w igrzyskach olimpijskich.

Po II wojnie światowej doszło do starcia i współzawodnictwa 2 różnych teorii jazdy: francuskiej (równoległej) i austriackiej (kątowej). W latach osiemdziesiątych głośno było o dwóch zawodnikach: Alberto Tombie, włoskim mistrzu slalomu giganta, i mistrzu tyczek -Pirminie Zurbriggenie.

Dziś do głosu dochodzą "młode wilki". Najlepszym przykładem jest tu Amerykanin. Mimo że w trakcie zawodów odpięła mu się narta, ukończył zawody, jadąc ponad 90 km/h na jednej desce. Determinacja i siła woli pomogła mu osiągnąć cel. Tak jak nam cechy te pozwolą stać się przyszłymi instruktorami narciarstwa!