Ile to już razy wyjeżdżaliśmy pod tak zwaną "palemkę", gdzie przy hotelowym basenie nie pozostawało nic innego niż sączenie lokalnych drinków w formule all inclusive? Czy staliśmy się dzięki temu bogatsi w wiedzę albo duchowo? Niekoniecznie. Dlatego też klasyczne wczasy pobytowe odchodzą do lamusa. Wycieczki objazdowe dają trochę więcej możliwości, lecz nadal pozostajemy niewolnikami autokaru, zza szyb którego realizujemy kolejne punkty programu.

Aktywny wypoczynek na rowerze

Prawdziwi podróżnicy, pragnący poczuć rzeczywisty kontakt z naturą i miejscową ludnością, od początku stawiają na aktywny wypoczynek.

Reklamy
Reklamy

A nowe trendy opanowujące cały świat to wycieczki rowerowe zrzeszające od kilkunastu do kilkudziesięciu amatorów szusowania zarówno po autostradach, jak i lokalnych szutrówkach. Bo czy nie wspaniałe jest pokonywanie 50-60 km dziennie, mijając cudowne gaje oliwne, delektując się lokalnym winem czy wreszcie podziwiając majestatyczne krajobrazy? A jaki inny środek transportu pozwala być tak blisko zarówno ludzi, jak i natury? Dlatego też rower bije na głowę pozostałe alternatywne rozwiązania, a od 2-3 lat stał się wręcz hitem podróżniczym. "Zdrowo, sportowo i ekologicznie" - takie oto motto przyświeca zapaleńcom, którym niestraszne ostre podjazdy, kurz w oczach czy palące słońce.

Portugalia idealna na rower

I jeżdżąc z grupą rowerzystów po południowym wybrzeżu Portugalii, oddaje im pełną rację.

Reklamy

Już w pierwszej miejscowości Albufeira napotkaliśmy na swej drodze Francuzów i Niemców, którzy dawno przekroczyli 60. rok życia, ale formy pozazdrościć im może wielu nastolatków…

Z kolei, na szlaku do Faro wymienialiśmy doświadczenia z cyklistami profesjonalnej grupy kolarskiej CCC, którzy tu, na górskich szlakach, szlifują formę przed kolejnymi zawodami.

Aż wreszcie na Przylądku Wincentego mijamy turystów rowerzystów z Nowej Zelandii, którzy przelecieli ponad 16 000 kilometrów, by zjechać europejski kontynent na rowerze.

Jak zorganizować wyjazd rowerowy?

A u nas, na rodzimym podwórku, jest kilka firm od lat organizujących wyjazdy rowerowe w najodleglejsze zakątki świata. Przykładowo z Cyklotrampem możemy rowerem objechać Islandię czy szusując po Kubie, zapalić cygaro z Fidelem Castro. Jak mówi szef biura, zwiedzanie rowerem stało się bardzo popularne, liczba uczestników rośnie zaś corocznie o 200-300 procent. A my przymierzamy się do tak niestandardowych propozycji jak wjazd rowerem na Kilimandżaro.

Reklamy

Rowerem przez Algarve

Ale wróćmy do Portugalii i przepięknego wybrzeża omywanego przez fale Atlantyku, zwanego Algarve. Ten wspaniały region, wystawiony bezpośrednio na działanie fal oceanicznych, zachował odrębność nie tylko wizualną, ale i kulturową.

Tuż po wylądowaniu na porcie lotniczym Faro przejeżdżamy do Albufeiry, gdzie miejscowa firma dostarczy nam rowery.

Rano, pełni energii i optymizmu, wyruszamy wzdłuż zachodniego wybrzeża, pokonując nasze pierwsze 60 km. Tu podziwiamy płynącą pomiędzy stałym lądem a oceanem Rio Formosę, czyli "Rzekę Szczęśliwą", która meandrując pomiędzy wysepkami i piaszczystymi łachami, zadziwia kształtem. Tu mamy też okazję zbliżyć się do natury na tyle, by jak na dłoni obserwować purpurowe czaple, ostrygojady czy symbol parku narodowego - złotawe motyle.

Warto było pokonać wiele kilometrów, czasem w kurzu, zmagając się ze wzniesieniami i dokuczającym upałem, by być tak blisko natury i ludzi. Ciepłe wody oraz specyficzny mikroklimat Algarve sprawia, że miejscowe zbiorniki obfitują w małże, ostrygi i zwinne węże.

Na chwilę przystajemy na lokalnym targu rybnym z charakterystycznymi zdobieniami azulejos. W środku handel wre, tu można spróbować świeżo wyłowionego rekina, tam targują się, wymachując rękoma, o lepszą cenę na niezmiernie rzadką płaszczkę błękitną. Od razu czuć, że jesteśmy w Portugalii wśród miejscowych rybaków i poławiaczy pereł.

Portugalskie smaki

Na lunch idziemy do sławnej Casa de Portugal, gdzie w cieniu kasztanowca kosztować będziemy przysmaków kuchni portugalskiej. Na przystawkę do wyboru hamburgery z krabami lub wersja wegetariańska z tofu. Wśród zup królują "sopa de peche", czyli zupa rybna, i "sopa de piedra",co dosłownie oznacza zupę gotowaną na kamieniu, a w rzeczywistości to pyszny krem z marchwi z kolendrą.

Danie główne to oczywiście specjalność zakładu: "sardinas assados", rozpływające się w ustach sardynki serwowane prosto z rusztu. Nie zapomniano rzecz jasna o ulubionej rybie Portugalczyków - dorszu bacalhau, z którego tworzy się przynajmniej tyle potraw, ile jest dni w roku. My decydujemy się na dorsza serwowanego na parze z brokułami - wyśmienity! Na deser zamawiamy babeczki śmietankowe z migdałami i mus czekoladowy z marcepanem. A po posiłku mocna kawa bez cukru zwana "uma" i dla chętnych lampka wyśmienitego bordo, rocznik 1990.

Teraz dopiero rozumiemy, dlaczego Casa de Portugal od lat przyznawane są zarówno gwiazdki Michelina, jak i rekomenduje ją swoim klientom corocznie Traveler.

Bogactwo portugalskiej kultury

Po tak wyśmienitej uczcie czas ruszyć w dalszą drogę. Przed nami kolejne 30 km na rowerze. Jedziemy do położonej na wschód od Faro Taviry, przez wielu uważanej za najpiękniejsze miasto Algarve. Po dotarciu na stare miasto od samego początku wzrok przyciąga Torre de Tavira, czyli klasyczna wieża wodna z ogromnych rozmiarów zegarem. Niedawno zamontowano na niej tzw. camera obscura prezentującą 360-stopniową panoramę miasta. Tuż obok "pousada" urządzona we wnętrzach dawnego klasztoru i jak się okazuje, takie zajazdy z nutą starego klimatu w tle cieszą się największą popularnością. Stąd już mamy bardzo blisko do najnowszych atrakcji wybrzeża, czyli Parque Mineiro Cova dos Mouros."Park górniczy" założony na miejscu pirytu z epoki brązu i żelaza to miejsce, gdzie obecnie podziwiać można ewolucję przemysłu wydobywczego od czasów rzymskich przez epokę mauretańską aż do początków XIX wieku. Niewątpliwą atrakcją są tutaj zrekonstruowane wybiegi dla zwierząt i prehistoryczne chaty.

Finał podróży: Przylądek św. Wincentego

Kolejne 3 dni przynoszą wiele niespodzianek. Pokonywanie 60-80 km powoli daje się we znaki. Trzeciego dnia, w drodze powrotnej z Lagos, decydujemy się sprawdzić gościnność Portugalczyków i wrócić na stopa. Proszę Andrzeja by schował się za krzakami, gdyż kierowca, widząc dwóch facetów i rowerzystkę, raczej się nie zatrzyma. Na pierwszy ogień idzie Agata, która szczerym uśmiechem wabi i kusi kolejnych podróżujących. Udaje się. Nagle jeden z busów hamuje z piskiem opon. Agata przekonuje kierowcę do podwózki, a my doskakujemy po chwili. Sposobem, bo sposobem, ale udało się ostatnie 20 km ze 100-kilometrowego odcinka podjechać na stopa.

Na koniec docieramy wreszcie na Przylądek św. Wincentego (Cabo de Sao Vicente). To najbardziej na południowy zachód wysunięty skrawek Portugalii i całej Europy. Starożytni wierzyli, że tu kończy się świat, a stając na samotnej, smaganej przez ocean skale, można w to uwierzyć i dzisiaj - w niewielu miejscach potęga Atlantyku jest tak mocno odczuwalna.

Przylądek wziął nazwę od imienia chrześcijańskiego świętego, którego Rzymianie zamordowali w 304 roku. Jak głosi legenda, w VIII wieku jego szczątki jakimś cudem znalazły się w łodzi, która sterowana przez kruki została wyrzucona na jedną z okolicznych plaż. Na przylądku zbudowano kaplicę, w której spoczęło ciało świętego, ale nie za długo - w 1173 roku - Alfons I Zdobywca postanowił przenieść je do Lizbony i obecnie św. Wincenty jest patronem miasta.

Przylądek zdobi najmocniejsza latarnia morska w Europie pochodząca z 1846 roku. Wieczorem rozświetla pionowe klify obmywane falami oceanu w silnym odcieniu granatu, co tworzy niepowtarzalny widok.

Pora kończyć wspaniałą przygodę rowerową w Portugalii. Cudowne widoki, bliski kontakt z naturą i miejscową ludnością w pełni wynagrodziły niesamowity wysiłek poniesiony na rowerze. 7 dni, 490 km, 37 godzin jazdy ciągłej w pełnym słońcu, często w pyle i kurzu, po wzniesieniach, na długo pozostanie w naszej pamięci. Zdecydowanie było warto i satysfakcja ogromna!