Myśl o podróży na cudowną, rajską wyspę Krabi pojawiła się w momencie kiedy u nas w Polsce zaczęło za oknem robić się "szaro i buro" i postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi naładować baterie. Afrodyzjak zwany słońcem o tej porze roku najłatwiej znaleźć na drugiej półkuli, dlatego też padło na Tajlandię, a konkretnie Park Narodowy Krabi.

Przede wszystkim Tajlandia to wspaniali, pogodni mieszkańcy głównie wyznania buddyjskiego, co zapewnia bezpieczeństwo, gdyż ta religia wyklucza kradzieże. Na co dzień spotykasz się z przejawami ich gościnności, opiekuńczości czy wręcz oddania. Po drugie tajska kuchnia uważana jest za najlepszą na świecie, gdyż jak żadna inna potrafi w sobie łączyć smaki słodko - kwaśne bazując jednocześnie na zdrowych, naturalnych produktach. Tutaj zdecydowanie dominuje tak zwany street food, gdzie na lokalnych wózkach serwuje się królewskie krewetki z makaronem ryżowym, zwane pad thai albo kurczaka w mleku koksowym z bambusem. Co nie znaczy, że kiedy będziesz miał ochotę na coś specjalnego to nie uświadczysz nietuzinkowości. Zarówno na ulicach Bangkoku, jak i w restauracjach na wyspach bez problemu zamówić można smażone owady czy przepiórcze jajka na surowo. Po trzecie Tajlandia nadal pozostaje jednym z najtańszych azjatyckich celów turystycznych, gdzie za przysłowiowe 100 zł dziennie możesz poczuć się królem.

Zdecydowanie wybieramy kraj uśmiechu, a że warto łączyć przyjemne z pożytecznym postanawiam wykorzystać cudowne, rajskie klimaty do realizacji sesji zdjęciowych. Na terenie zielonych oaz otoczonych cudownymi plażami, gdzie szum palm kokosowych na przemian miesza się z odgłosem uderzających o brzeg oceanu, zdecydowanie najlepiej zaprezentują się piękne suknie ślubne i naturalna biżuteria z bursztynu. Wybieram znanych, polskich producentów co zapewnia jakość prezentowanego towaru, a wykonane sesje przyczynią się tylko do podniesienia ich prestiżu. Zupełnie inaczej z modelkami. Im mniej znane i doświadczone tym lepiej, ponieważ wkraczające w świat mody młode dziewczyny są z reguły bardziej ambitne i od razu widać, że im zależy. Zupełnie odwrotnie jest ze starszym zmanierowanym koleżankom. Tak czy inaczej stawiam na miejscowe perły modelingu, gdyż nadadzą one sesji odrobinę egzotyki i tajemniczości. Ale zanim znajdę się na Krabi do pokonania jest ponad 10.000 km i trzeba jakoś tę biżuterię oraz suknie przetransportować. A to nie jest takie łatwe.

Po pierwsze, co zaskakujące bursztyn na dzień dzisiejszy jest więcej warty od złota, po drugie jako biżuterię szlachetną nikt nie chce go ubezpieczyć, a po trzecie jest towarem niemile widzianym na terenie Rosji przez którą lecimy. A co stało się, że wartość bursztynu wzrosła przez ostanie 2 lata o jakieś 300 procent? Otóż nagle Chińczycy odkryli, że należy on do siedmiu wyjątkowych kamieni przynoszącym szczęście i rozpoczęli masowy skup bursztynu. Mimo wszystko podejmuję ryzyko. Wartościowa biżuteria ląduje w bagażu głównym, co prawda mam nad nim mniejszą kontrolę ale prawdopodobieństwo, że zostanie sprawdzony po drodze też jest relatywnie mniejsze. Na początku chcieliśmy założyć naszyjniki na siebie, ale biorąc pod uwagę, że nie wyglądały gejowsko, a tranzyt mieliśmy w Moskwie, gdzie prawdopodobieństwo zarekwirowania towaru jest duże, więc pomysł odpadł.

Lądując na Krabi nerwowo spoglądam na taśmociąg, na który raz po raz wypadają bagaże, ale nie widzę swojej walizki. Nagle miałem milion myśli na minutę przechodzących mi do głowy - a co jeśli mój bagaż zaginął albo został prześwietlony i wyjęli kamienie warte parę tysięcy? Naszczęście kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłem walizkę z nienaruszonym zamkiem. Suknie wpakowałem za to w jeden pokrowiec i doleciały w pojemniku nad siedzeniami jako bagaż podręczny.  To doświadczenie przekonuje mnie do stwierdzenia, że czasem warto podjąć ryzyko.

Szczęście albo przeznaczenie? Do dziś się zastanawiam co sprzyjało mi bardziej w Tajlandii. Przede wszystkim nasz hotelowy opiekun okazał się byłem modelem. W trakcie rozmowy dowiedziałem się również, że jego siostra mieszkająca w Bangkoku jest agentem modelingowym. Nie mogłem w to uwierzyć. Po kilku godzinach odebrałem na mailu prezentację siedmiu modelek gotowych przylecieć już następnego dnia. Wybrałem dwie dziewczyny, których uroda przyciągneła moją uwagę. Obydwie były tak zwanymi mieszankami krwi. Rodzice Phang to Thai i Iranka, a Marika urodziła się w Turcji, gdzie pracowała jej mama Tajka. Po za tym mieliśmy niesamowite szczęście z pogodą. W listopadzie na Krabi panuje pora deszczowa i rzeczywiście pierwsze trzy dni po przylocie lało, przez kilkanaście godzin dziennie. 

W niedzielę, kiedy o 7 rano na lotnisku pojawiły się dziewczyny, niebo zaczęło się przejaśniać. Już około 10 wyszło słońce i popędziliśmy na miejsce pierwszej sesji. Po zdjęciach na plaży przed hotelem Sheraton przyszedł pomysł by zorganizować prywatny transfer łodzią na słynną wyspę Phi- Phi. Jednak myśl o tym, że kręcono tam filmy z Jamesem Bondem i Leonadro di Caprio, przysparzała nam o ból głowy, gdy zaczeliśmy się zastanawiać ile taka przyjemność będzie kosztować. Z wywołanych 4000 batów udaję nam się zejść do 2000, gdyż wyjaśniamy Tajowi, że jesteśmy w pracy i nie zamierzamy na wyspie spędzić całego dnia, a raptem półtorej godziny. Na koniec po powrocie chcemy dać dziewczynom wypocząć przed wieczorną sesją przy zachodzie słońca. Ale nagle pogoda psuje się i podejmujemy decyzję o wykonaniu natychmiast ostatnich zdjęć w sukniach ślubnych zanim rozpada się na dobre. Gorączkowe przygotowania, błyskawiczna zmiana makijażu i w końcu udało się zrobić sesję na plaży.  #moda

Niesamowite w ciągu pięciodniowego pobytu na Krabi pogoda dopisała przez 8 godzin i wykorzystaliśmy je praktycznie w 100 procentach. Warto było, mimo deszczu, męczącego, długiego lotu udało się wykonać profesjonalne fotogafie. Z pewnością producenci odzieży, jak i biżuterii oszaleją na ich punkcie, bo gdzie indziej wykonali by bardziej oryginalną ofertę ich produktów. Powrót do domu, jak i cała wyprawa obfitują w niespodzianki. Nie zawsze pozytywne. 
Wracając przez Moskwę na lotnisku Szeremietiewo uciekł mi samolot. Podali mi błędny czas odprawy, myląc go z czasem odlotu. I zamiast o 18.50 wejść na pokład pocałowałem klamkę bramki. Byłem zły, a wręcz wściekły, gdyż po kilkunastu godzinach lotu marzyłem o spotkaniu ze znajomymi, z rodziną i normalnym śnie w pozycji leżącej. Ale cóż przyszło mi czekać kolejne trzy godziny na ostatni lot powrotny do Warszawy. Z drugiej strony można powiedzieć, że byłem szczęściarzem gdyż równie dobrze mogło się okazać, że tego wieczoru nie ma już lotów do Polski.