W piosence Myslovitz "Mieć czy być", Artur Rojek śpiewa: "Sam dobrze wiesz, że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem (...)" Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie o to chodzi we wczesnym wstawaniu na samolot, w znoszeniu niewygody zapchanego autobusu, w wytrzymywaniu wielu godzin bez jedzenia, by tylko przeżyć przygodę. O to by się zdziwić, zachwycić, wzruszyć.


Znacznie łatwiej przychodzi mi to w podróży niż w bezpiecznej strefie. Posuwam się dalej i więcej ryzykuję, gdy jestem daleko od domu. Zaczynam dziwić się nawet tym, co odkrywam w sobie. Czasem zdumienia światem mogą rzecz jasna okazać się okrutnie naiwne. Nie chcę jednak pisać tutaj o udających "rdzennych tubylców" spryciarzach, robiących wrażenie na turystach, a o zwykłych obserwacjach w czasie różnych wyjazdów. Szczególnie tych pierwszych, które miały na mnie największy wpływ. Bo to one są dla mnie najbardziej wartościową "pamiątką", którą przywożę ze sobą z podróży.


Pierwsze szokujące zetknięcie z inną kulturą i obyczajowością przeżyłam w Armenii. Zatrzymałam się w mieszkaniu, z którego do centrum trzeba było jeździć tzw. marszrutkami, czyli małymi, ciasnymi i zwykle śmierdzącymi busami. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie fakt, że na przystanek przychodziło się kiedy bądź, bo nie istniało coś takiego jak rozkład jazdy. Umawianie się stało się więc mocno problematyczne: ludzie spóźniali się nawet godzinę, czy dwie i nikomu nie przyszłoby do głowy by za to przepraszać.


Na początku czułam się urażona, ale po dwóch tygodniach sama zaczęłam się trochę spóźniać, a podczas czekania udało mi się poznać wiele ciekawych osób. Zagadywanie do ludzi, z którymi dzieli się przestrzeń np. na przystanku, czy ławce okazało się bowiem w tym kraju czymś naturalnym. Nikt nie odbierał tego jako nachalności. Z początku się bałam, a teraz wśród "niewidzących" spojrzeń w warszawskim metrze bardzo mi tego brak.


Pierwszą bardzo otyłą osobę zobaczyłam w Bergen, w Norwegii. Szła za rękę z chłopakiem, przystojnym, wysokim blondynem z jasnymi oczami. Pierwszy instynkt podpowiadał mi: "Fuj, co taki przystojniak robi z taką maszkarą?" Szybko jednak zaczęłam bardzo wstydzić się tej myśli, szczególnie gdy zobaczyłam, że dziewczyna ta kroczy z dumą, wypiętą do przodu piersią i szerokim uśmiechem na ustach. Przypomniałam sobie wtedy moje znajome, które mimo bycia bardzo szczupłymi osobami wciąż narzekały, że są grube i obgadywały każdą osobę z lekką nadwagą. Osobę nie mieszczącą się w ich kanonie piękna. Wtedy zapytałam siebie: jakim prawem oceniam tę dziewczynę jako nieatrakcyjną? Dlaczego moje oczy i moje schematy miałyby być wyznacznikiem jej wyglądu? A skoro czuje się dobrze w swojej skórze to nic mi do tego, przecież nie zauważyła pewnie nawet mojego spojrzenia. No właśnie! Zdałam sobie sprawę, że zbyt mocno przywiązana jestem do dbania o swój wymyślony wizerunek i jak bardzo mnie to ogranicza.


Pierwsze wstrząsające spotkanie z innym jedzeniem miało dla mnie natomiast miejsce na Tajwanie. Byłam wciąż głodna, ale jednocześnie miałam cały czas mdłości. Nie umiałam jeść pałeczkami. Pierwszy posiłek w restauracji z przyjaciółmi, zaraz po przylocie, był jednym z najbardziej koszmarnych momentów w moim życiu. Mimo ściśniętego żołądka i głodu po prawie dobie w podróży, z trudem przychodziło mi jedzenie. Nie wiedziałam jak mam jeść, co mam jeść i nie miałam zielonego pojęcia co właściwie leży przede mną na talerzach i dlaczego garnek gotuje się na stole. Oprócz ryżu wszystko pachniało dziwnie, a znajomi nakładali mi na mój ryż wszystko po kolei bo bardzo chcieli bym poznała to, co oni jedzą na co dzień. Spróbowała wszystkiego i o wszystkim wyraziła swoje zdanie. Niektóre rzeczy były znośne, inne ledwo przełknęłam hamując odruch wymiotny. Nic mi nie zasmakowało. Wpadłam w panikę, miałam wrażenie, że mój żołądek "po prostu umarł". Określenie to idealnie pasowało do jego ówczesnego stanu.


Dlaczego nie piszę nic o pierwszym zetknięciu z odmienną od mojej seksualnością, czy innym kolorem skóry? Może to zaskakujące, ale nigdy nie pomyślałam o tego rodzaju inności jako o dziwactwie. Być może mój mózg założył po prostu, że te dwie kwestie, które dla innych mogą być obrzydliwe, czy nie do zaakceptowania, dla mnie są po prostu naturalne, a wręcz piękne. Znacznie trudniej było mi zaakceptować otyłość, spóźnienia, czy jedzenie nieznanych mi potraw o obcej konsystencji, smaku i zapachu. Znacznie więcej czasu musiałam poświęcić by te rodzaje inności rozpracować.
Mam taką intuicję, że wszyscy w obliczu obcego, innego świata nie wiemy jak się zachować, jesteśmy zagubieni jak dzieci, bo nagle musimy zostawić nasze przyzwyczajenia i zapomnieć o wszystkim, co wiemy o życiu. A gdy powracamy do naszego znanego podwórka zaczynamy odkrywać, że także w nim kryje się mnóstwo fascynujących rzeczy i ludzi, o których istnieniu nie mięliśmy pojęcia. I że przygoda dzieje się także tu i teraz. Bo, jak napisał Thomas Merton, "Nasza prawdziwa podróż przez życie odbywa się w nas."