Przygodę z magiczną krainą Władcy Pierścieni zaczynam od zwiedzania największej metropolii skupiającej Polinezyjczyków, czyli Auckland. Tu właśnie mieszka 35% Maorysów, 25% Samoańczyków, 20% ludności pochodzącej z Wysp Togo. Reszta to przedstawiciele Wysp Cooka. Samo Auckland to 1,5 milionowe przepiękne miasto portowe urzekające lśniącymi w słońcu najnowszymi modelami żaglowców i katamaranów.

Zaraz po wylądowaniu mam przyjemność uczestniczyć w wyścigu dwóch jednostek żeglarskich, które startowały w słynnych zawodach America Cup. Najszybsze jachty świata poruszają się dzisiaj z prędkością dochodzącą do 45 węzłów, czyli 130km/ h. Wyobrażcie sobie ten szalony pęd na łodzi pochylonej na rufie o 45 stopni i mknącej po bezkresnym oceanie jak rakieta. Morska bryza uderza w twarz, kapitan w pośpiechu wydaje rozkazy, a my przemieszczamy się raz po raz z jednej strony na drugą, nie bacząc na śliską nawierzchnię i porywisty wiatr. Co chwila dopadamy urządzeń nawigacyjnych i masztów robiąc wszystko by wygrać regaty. Udaje się i trzygodzinna przygoda na otwartym oceanie na długo pozostanie w mojej pamięci.

Wieczorem warto udać się na najwyższą wieżę telewizyjną Sky Tower, by poobserwować śmiałków skaczących na linie bungee głową w dół ponad 300 metrów. To obok słynnego mostu na Wyspie Południowej najbardziej fascynujące i popularne miejsce dla miłośników adrenaliny. W Sky Tower spotykam rodaka mieszkającego w Nowej Zelandii ponad 20 lat, który przytacza kilka zaskakujących faktów o tym kraju. Otóż w kraju liczącym 4 miliony ludzi znajduje się 9 mln krów i 27 mln owiec. Daje to 2,5 krowy i prawie 7 owiec przypadających na każdego mieszkańca co z kolei powinno przełożyć się na bardzo tanie mleko, mięso czy wełnę. Jak się okazuje jest zupełnie odwrotnie, gdyż rząd Nowej Zelandii postawił na eksport tych produktów do Chin, USA i Europy. Od Maćka dowiaduje się trochę o historii i słynnych "Kiwi", którzy zasłużyli się dla kraju. Mowa tu o pierwszym zdobywcy Mont Everestu sir Edmundzie Hillary i pierwszej na świecie kobiecie, która wywalczyła prawo do głosowania Catherine Shepard. Dziś przedstawicieli Nowej Zelandii kojarzymy głównie ze światem aktorskim, czyli Nicole Kidman i Russelem Crowe.

Słynna miejscowość na wyspie północnej Rotoura

Gejzerami i gorącymi źródłami przyciąga ona tysiące turystów z całego globu. Mnie jednak imponuje z innego powodu. W Rotoura mam okazję obserwować lokalne zawody w strzyżeniu owiec. I nie uwierzycie, ale mistrzowie są w stanie ogolić takie zwierzę w ciągu kilkunastu sekund bez jednego choćby draśnięcia. A wieczorem czas na wizytę w tradycyjnej wiosce Maorysów. Niepowtarzalna okazja do poznania obrzędów i zachowań tej mniejszości społecznej. Otóż Maorysi od pokoleń należą do najgrożniejszych ludów świata. Słynną z tego, że już na początku atakują przybysza by poznać jego intencje.  Przestępują z nogi na nogę w tradycyjnym tańcu hake z włóczniami w rękach i wybałuszają oczy starając wywrzeć na obcym poczucie strachu. Kiedy jednak wyczują, że przybywamy w pokojowych celach potrafią zmienić się w gościnnych gospodarzy i powiedzieć zachęcająco "Kia Ora!", co oznacza witamy serdecznie. Później czas na prawdziwą ucztę, czyli pieczoną świnię przygotowywaną w specjalnym dole wykopanym w ziemi. A na deser mnóstwo ciast i wypieków, bo Maorysi kochają słodycze szczególnie z dodatkiem kokosów i daktyli. Nie baczą zupełnie na kalorie i dietę, dlatego też ludzie dużej postury naturalnie pasują do tej społeczności.

Nadchodzi czas przepłynięcia na drugą z perełek Nowej Zelandii, jakże odmienną Wyspę Południową. Bladym świtem melduję się w porcie, skąd promem Challenger udaje się do Picton. Ogromna jednostka na 1600 osób jest wiodącą wśród wszystkich jednostek pływających po nowozelandzkich morzach. Po przepłynięciu 92 kilometrowej trasy śladami Tomasa Cooka czas na pociąg "Coastal Pacific", który mknie jak szalony prosto do Christchurch. Po drodze przez cudownie wielkie panoramiczne okna mam przyjemność podziwiać zmieniającą się faunę wybrzeża Kaikaura i całych Alp Południowych. Christchurch to jedyne miejsce na świecie, gdzie w odległości trzech godzin od lotniska można jeździć na nartach, grać w golfa, skakać na bungee, spływać nurtem rzeki pontonem lub kajakiem, wspinać się górskimi rowerami, surfować na falach, wznosić się gorącym balonem, podziwiać międzynarodowe galerie i delektować miejscowym winem. Mimo, że miasto to nawiedziło trzęsienie ziemi w 2011 roku, należy do obowiązkowych punktów programu Wyspy Południowej. Mieszkańcy z godnością odbudowują zniszczone centrum przeznaczając spore kwoty ze specjalnie organizowanych koncertów i aukcji. Nienaruszona została na szczęście zielona perła Christchurch, czyli Park Heagway. Oferując kilkadziesiąt hektarów do joggingu, uprawiania sportu i spaceru jest drugim co do wielkości parkiem na świecie, po słynnym parku nowojorskim.

Wczesnym rankiem ruszam w dalszą podróż po Wyspie Południowej kierując się do Queenstown. Po drodze mogę podziwiać bajecznie malowniczą okolicę jęziora Tekapo. Z turkusowo czystą taflą uważane jest za najczystszy zbiornik wodny na całej południowej półkuli. Kolejną perłą Parku Narodowego Fiorland są znane z trylogii Władcy Pierścieni, jest zapierający dech w piersiach widok Milford Sound. To właśnie tu i w przybrzeżnych wodach spotkać można trzy rodzaje delfinów: butonosnego, ciemnego i Hektora, który jest jednym z najrzadszych na świecie. Najdorodniejsze okazy osiągają do 4 metrów długości i pływają z prędkością 20 węzłów.

Kolejnego dnia postanawiam odwiedzić wiktoriańskie miasteczko z przełomu wieków Arrowtown. Zaledwie 20 kilometrów od Queenstown historia cudownie współgra z naturą. A wszystko rozpoczęło się w 1869 roku od słynnej gorączki złota, która sprowadziła tu ponad 1500 osadników z Chin, którzy przybyli szukać cennego kruszcu w rzece Arrow. Wybudowali osadę i do dziś w nienaruszonym stanie pozostaje słynna Buckingham Street. Na niej odnajdziemy XIX wieczny, nadal pracujący budynek pocztowy, dworskie stajnie czy fabrykę opali. Co ciekawe za 10 dolarów można wynająć metalową misę i poczuć jak dawni poławiacze złota przesypując rzeczny miał. Arrowtown zrobiło na mnie ogromne wrażenie, lecz podróż do Queenstown nie byłaby kompletna bez udziału w rejsie słynnym statkiem parowym TSS Earnslow. Nowozelandzki "Titanic" zbudowany został tego samego dnia, co jego słynny kolega i od 1912 roku pływa po wodach Nowej Zelandii. "Lady of the lake" przez dziesiątki lat służy do przewozu towarów, przesyłek i transportu ludności. Największa parowa jednostka NZ waży bagatela 330 ton i zbudowana została przez J.M Gregora za oszałamiającą kwotę, jak na tamte czasy 200.000 funtów brytyjskich.

Ostatni etap mojej podróży po cudownej krainie Władcy Pierścieni, wiedzie koleją TranzAlpine z Greymouth do Christchurch. Szybki i komfortowy pociąg, z panoramicznymi oknami przemierza najwyższą przełęcz w regionie Arthur Pass. Po drodze mijam 16 tuneli, 9 mostów i 4 granice Parków Narodowych. Widoki odbierają mowę. I właśnie dla takich widoków, dla cudownej natury i niepowtarzalnej kultury maoryskiej warto  przejechać Nową Zelandię wzdłuż i wszerz.