Nie bez kozery naddunajską stolicę określa się najważniejszą muzyczną metropolią Europy. Tu przecież tworzyli najwięksi: Strauss, Mozart czy Beethoven. Trudno dziś sobie wyobrazić typowego wiedeńczyka bez porannej kawy, gazety, wsłuchującego się w "Nad pięknym modrym Dunajem". 

Zaraz po wylądowaniu swe pierwsze kroki kieruję do Pałacu Schonbrunn. Ta przepiękna letnia rezydencja Habsburgów jest bodaj jedyną w Wiedniu konkurentką naszego Belwederu. W pałacu dla zwiedzających udostępniono ponad 1000 pomieszczeń, a cały kompleks ogrodowo-pałacowy zajmuje kilkadziesiąt hektarów. Zaraz po przejściu przez misternie kutą bramę pałacu czuje się ducha historii. Schonbrunn to dawna wioska winiarzy oraz wzgórze, z którego natarcia dokonał Jan III Sobieski w 1683 roku. Do dziś park zachwyca cudownie utrzymaną zielenią, palmiarnią w stylu secesyjnym oraz najstarszym w Europie zoo.

Akurat dziś pokaz swój prezentuje Hiszpańska Szkoła Jazdy. We wspaniałym barokowym budynku mieszczą się XVI wieczne stajnie arcyksięcia Karola, które słyną na cały świat z doskonale wytrenowanych lipicanów. 65 białych ogierów tańczy w baletowym szale zachwycając wytworną widownię. Perwszą rzeczą, która przykuwa uwagę jest konny portret Karola VI, przed którym jeźdźcy uchylają kapeluszy. Zaczyna się. Przez kolejne 90 minut nie jestem w stanie oderwać wzroku od misternie dopracowanego pokazu porywającego energią i dynamizmem. Teraz rozumiem dlaczego Hiszpańską Szkołę Jazdy uważa się za doskonały przykład światowego kunsztu.

Zbliża się wieczór. Mamy właśnie karnawał, więc szykuję się na bal - słynny bal w Operze Wiedeńskiej, na który bilety rezerwowałem prawie rok wcześniej. Nie zapominajmy, że na wiedeńskim balu karnawałowym od 1877 roku bawi się kilkutysięczna śmietanka towarzyska z pogranicza świata polityki i biznesu. To dlatego najtańsze wejściówki sięgają 500 euro i wyprzedane są z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Podekscytowany zakładam starannie wyprasowany smoking, by za chwilę sunąć już po parkiecie w rytmicznym walcu. Teraz przydają się lekcje, na których oprócz tańca uczono nas etykiety balowej. Jak trzymać bukiet kwiatów, a w jaki sposób dziękować z manierą partnerce za wspaniały taniec. Cudowny bal kończy się bladym świtem i powiem szczerze, że choć miałem przyjemność uczestniczyć w brazylijskim karnawale w Rio, a na co dzień pracuję w najbardziej imprezowym miejscu świata hiszpańskiej Ibizie -  wiedeński bal karnawałowy to zupełnie inny wymiar.

Po całonocnych szaleństwach, kolejny dzień postanawiam spędzić w plenerze. Pogoda dopisuje, wsiadam w historyczny tramwaj i jadę do Grinzing - dawna wioska winiarska położona jest w północnej części miasta w otoczeniu Lasku Wiedeńskiego. Chcąc uciec od zgiełku metropolii najlepiej wypożyczyć jest rower i rozkoszować wszechobecną muzyką ludową. Kolorowe domki z pergolami, spod których uderza gwar biesiady zakrapianej młodym winem tworzą bajkowy wręcz klimat. Wśród plątaniny uliczek co chwilę natknąć się można na prawdziwą perełkę. To właśnie tu, w tej gospodzie, prawie 200 lat temu biesiadował Strauss, a to w tej chacie urodziny wyprawiał corocznie Beethoven, aż człowiek mimowolnie przenosi się w te odległe czasy. I wracać się nie chcę, ale ostatni wieczór w Wiedniu zdecydowanie warto spędzić na Ringu.

W tej najbardziej reprezentacyjnej części miasta pełna rozmachu secesja miesza się z modernistycznymi przykładami architektury. Tu znajdują się najsłynniejsze teatry i sale koncertowe stolicy, a sam Ring określa się rajem dla amatorów sztuki. Po otrzymaniu zaproszenia na koncert Schuberta tryskam zapałem. Wspaniałe klasycystyczne show połączone jest z uroczystą kolacją, na której mam okazję smakować wiedeńskich specjałów. I tak kelnerzy co chwila serwują desery i słodkości - słynny Apfelstrudel (zawijaniec wypełniony jabłkami i posypany cynamonem), Mozartkugel (czekoladowe pralinki z pistacjami) czy Schacherotte (tartę morelową ze skórką pomarańczową). Pozwalam sobie na te kilka dodatkowych rozpływających się w ustach kalorii, mając w perspektywie poranny jogging jeszcze przed wylotem.