Przez długi czas przyzwyczajeni byliśmy, że jeśli nie możemy wsiąść do własnego samochodu, a komunikacja miejska również nie jest nam po drodze, to pozostaje nam dość droga, ale wygodna opcja - taksówka. Aby ją zamówić, należało zadzwonić do odpowiedniej korporacji, podać dokładny adres i wypatrywać konkretnego samochodu. Za kurs zmuszeni byliśmy płacić żywym pieniądzem - gotówką.

Uber z korzyścią dla pasażera?

Pojawienie się Ubera zmieniło nasze nawyki, wprowadzając niemałą rewolucję. Jeśli w naszym mieście usługa ta jest dostępna (aktualnie Uberem pojedziemy w Krakowie, Warszawie, Trójmieście i Poznaniu), nie musimy znać naszego dokładnego położenia. Aplikacja sama nas namierzy i po potwierdzeniu lokalizacji skieruje do nas samochód z kierowcą. Ten po odwiezieniu nas pod wskazany adres nie weźmie od nas gotówki. Proces płatności za przewóz odbywa się bez naszego udziału, za pomocą karty podpiętej wcześniej do aplikacji. Kierujący pojazdem nie wręczy nam również paragonu - nie prowadzi on bowiem taksówki, której obowiązkowym wyposażeniem jest kasa fiskalna. Nie jest on również taksówkarzem. Nie musiał zdawać egzaminów z topografii miasta, nie ma też licencji.

Kontrowersje

Aby zostać kierowcą Ubera wystarczy ukończone 21 lat, zaświadczenie o niekaralności i samochód mający mniej niż dziesięć lat. Pojazd nie musi być w żaden sposób oznakowany - nie ma numeru bocznego, a na szybie nie znajdziemy aktualnego cennika. Różnic pomiędzy autem poruszającym się na zlecenie amerykańskiego giganta a tradycyjną taksówką jest wiele. Największe kontrowersje wzbudza jednak kwestia finansów. Kiedy płacimy za przejazd, nasze pieniądze trafiają na konto zagranicznej spółki, a ta część zysków przesyła kierowcom. Ci zaś powinni odprowadzić należny podatek. Jak się jednak, niestety, okazuje, duża część z nich pozostaje w szarej strefie, wykonując nielegalny przewóz osób.

Ponadto, nie posiadając licencji taksówkarskiej ani pojazdu zalegalizowanego do przewozu osób, kierowcy Ubera są narażeni na konsekwencje prawne. Coraz częściej przeprowadzane są kontrole, w wyniku których będący na bakier z prawem otrzymują wysokie mandaty oraz sądowe wnioski o ukaranie. Sam Uber zapewnia pomoc prawną, jednocześnie jednak umywa ręce, otwarcie mówiąc, że jest jedynie "aplikacją łączącą kierowców z pasażerami".

Opłacalność

Kiedy Uber pojawia się w nowym mieście, stara się przyciągnąć klientów wyjątkowo niskimi cenami. Dla podróżujących jest to oczywiście dobra sytuacja - wymusza bowiem obniżenie stawek również u konkurencji. Jednakże po dłuższej obecności w danej lokalizacji możemy zaobserwować znaczny wzrost stawek. Ponadto w momencie kiedy aplikacja wykryje duże zainteresowanie usługą, stawka może dodatkowo wzrosnąć. Jesteśmy o tym fakcie informowani w momencie zamawiania samochodu, jednakże w przypadku tradycyjnych taksówek taka sytuacja najzwyczajniej w świecie nie miałaby racji bytu.

Pomimo faktu, że cena za kilometr może "na papierze" być niższa od konkurencji, to sumarycznie możemy zapłacić więcej, niż zażyczyłby sobie taksówkarz. Jak to się dzieje? Po pierwsze, znający topografię miasta taksówkarz może poprowadzić nas skrótami, dzięki którym unikniemy stania w korku. Kierowca Ubera musi trzymać się ścieżki wyznaczonej przez aplikację. Po drugie, wiele newralgicznych miejsc miasta ma bus-pasy czy zamknięte strefy, po których mogą poruszać się jedynie mieszkańcy lub właśnie taksówki. Możliwe więc, że taksówkarz będzie mógł pojechać krótszą, szybszą drogą, podczas gdy pojazd Ubera będzie musiał stać w korku wraz z innymi, nieuprzywilejowanymi uczestnikami ruchu.

Alternatywy

Na szczęście, rynek zareagował i pojawiły się tańsze, legalne i równie wygodne możliwości. Zobacz film, z którego dowiesz się więcej na ten temat - znajdziesz w nim również dokładne porównanie cen Ubera i konkurencji.

#prawo jazdy