Wczorajsza demonstracja była jedną z wielu, do jakich wezwały niektóre opozycyjne ugrupowania polityczne w naszym kraju. Przyczyną tego wezwania są ogromne obawy przed islamizacją naszej ojczyzny oraz oburzenie z powodu decyzji rządu premier Ewy Kopacz. "Ewa Kopacz mów za siebie! Cała Polska dziś cię .....!" - śpiewali co sił w płucach występujący w potężnej grupie młodzi kibice Łódzkiego Klubu Sportowego (ŁKS).

Przebieg demonstracji i rola tzw. kiboli

Kiedy przewodniczący łódzkiego oddziału Młodzieży Wszechpolskiej rozpoczął swoje wystąpienie na Placu Wolności, nadciągneła zwarta falanga "kiboli" ŁKS-u. Narobili od razu mnóstwo hałasu, skandując na całe gardło swoje hasła i odpalając kilkanaście petard. Co prawda naruszyli przepisy i warunki zgody władz miasta na demonstrację, ale zrobili to tak, aby niczego nie uszkodzić. #policja przymknęła oko. Po paru minutach kibice się opanowali i wszechpolacy mogli wygłosić swoje mowy.

 

Po chwili wpadłem prosto w szeregi zwolenników drużyny piłkarskiej ŁKS, którzy zachowywali się poprawnie. Jeden z nich, potrąciwszy mnie przez nieuwagę od razu przeprosił. Po dłuższym czasie udało mi się dołączyć do czoła pochodu, pod węgierską flagę. Ludzie ŁKS-u zamykali od tyłu nasze szeregi. Przemawiający pod Urzędem Miasta Łodzi przedstawiciele partii politycznych, od MW i KORWIN do PiS-u i Zmiany mało ich interesowali. Nadal wykrzykiwali swoje ultraradykalne hasła.

 

Tym bardziej, że z przeciwnej strony ulicy uaktywniła się wielka grupa "szalikowców"przeciwstawnej drużyny RTS Widzew, idących dotąd obok wszechpolaków. Chłopaki i dziewczyny z obu grup urządzili sobie konkurs na podkreślanie przywiązania do narodu polskiego. Jedni wrzeszczeli: "Narodowy, narodowy ŁKS!", na co drudzy odpowiadali co sił w płucach: "Narodowy, narodowy Widzew Łódź!" Po demonstracji obie grupy powoli, ale spokojnie rozeszły się w przeciwne strony.

Poprawna postawa policji wobec demonstracji, która padła po drodze

Policja szturmowa, pilnująca porządku i bezpieczeństwa prezentowała się groźnie, ale zarazem rozumnie. Przede wszystkim nie dała się sprowokować do lekkomyślnej szarży na "kiboli". W obliczu sporej grupy kobiet, trzymających na rękach i ramionach małe dzieci zakończyłoby się to (pomijając inne względy) wbiciem ostatnich gwoździ do trumny PO. Zaś tak jak wyszło, to społeczno-politycznie całe to wystąpienie uliczne w znacznej mierze chybiło celu. Idą narodowcy; krzyczą jak wariaci i klną na czym świat stoi; dobrze, że szyb nie powybijali. Tak zapewne komentowali sytuację mieszkańcy kamienic i bywalcy restauracji po obu stronach Piotrkowskiej. Co prawda ci najgłośniejsi uczestnicy pochodu wykazali w sumie sporo odpowiedzialności i zdrowego rozsądku, ale...

"Nie zdradzimy Węgier! Rząd pod sąd!"

Nie da się robić wielkiej polityki metodami praktykowanymi na stadionach. Zwłaszcza, gdy nagłośnienie jest tak słabe, że mówców wiecowych nie słychać dalej niż 20 metrów od mównicy. Tym bardziej, gdy z wystąpień wszechpolaków wynika, że do ocalenia Polski przed islamizacją niezbędna jest zimna wojna z Rosją i Niemcami jednocześnie. Gdyby nagłośnienie było lepsze przechodnie pukaliby się w czoło.

 

Nie oznacza to, że uczestnicy tej demonstracji zrobili błąd przychodząc na nią. Po tym jak potraktowano opór całych narodów, a także znacznej części narodu niemieckiego, zgodnie z doktryną ograniczonej suwerenności i kontrolowanej demokracji, głośny sprzeciw stał się niezbędny. Jednak chcąc, by ten sprzeciw był skuteczny trzeba przejść od pospolitego ruszenia do reguł wielkiej polityki. Radykalne hasła jak wyżej są usprawiedliwione i celowe. Tylko, że tłum pokrzyczy, poklaszcze i rozejdzie się nic nie osiągnąwszy, jeżeli jego wystąpienia nie będą służyć właściwym i zrozumiałym dla ogółu celom. Solidarność z Węgrami i obawa przed znalezieniem się polskich miast w cieniu minaretów są bez wątpienia takimi celami. Wymagają jednak większego nagłośnienia i lepszego przemyślenia.

Na zakończenie film ukazujący tę demonstrację - słuszny gniew ludu:

#Unia Europejska #Wielka polityka