Ostatnie dziesięciolecia sprawiły, iż operę – dzieło doskonałe – częściej postrzegamy coraz mniej zachęcająco. Jakoś się temu nie dziwię. Nawet Ernest Newman, najsłynniejszy brytyjski krytyk muzyczny pierwszej połowy XX wieku, niegdyś pokusił się o wyrażenie swej opinii: Teatr Operowy jako instytucja różni się od domu dla obłąkanych jedynie tym, że jej podopiecznych dotąd oficjalnie nie zdiagnozowano". I co wy na to? „#opera? Byłaby wspaniała, gdyby tylko nie śpiewacy operowi…” – zacytuję jeszcze Giuseppe Verdiego. O śpiewakach, aktorach, artystach scenicznych ściśle związanych z teatrem muzycznym mogę opowiadać godzinami. Sądzę jednak, że nic tak nie uzmysławia różnicy pomiędzy nimi, niż pewnego rodzaju zestawienie, które warto znać, zanim podejmiemy decyzję o „wielkim wyjściu”.

Reklamy
Reklamy

Otóż soliści teatrów operowych drą przysłowiowego łacha z tzw. aktorów śpiewających. Powód? Wokal. Dramatyczni bowiem uważają, że ich śpiew porywa kunsztem aktorskim, tymczasem wyją niczym bure suki. Żeby jeszcze czysto, ale nie, to jest według nich zbyteczne! Wedle ich pojęcia w utworze należy chrypieć, krzyczeć lub dosadniej – wrzeszczeć, albo też dla odmiany - sapać, dyszeć, postękiwać, pojękiwać, nawet popierdywać, jeśli wymaga tego dramatyzm. Wszystko po to, aby oszołomiony interpretacją słuchacz wbił się w fotel, a przede wszystkim by zapamiętał sobie – raz na całe życie – taki wykon. Gwarantuję: tego się nie da zapomnieć.

Aktorzy nabijają się ze śpiewaków

Przyczyna? Aktorstwo. Zdarza się, że śpiewaczce brak tego daru, jednak muzyka, niosąca audytorium na swych skrzydłach tak uwzniośla, iż niemal wszyscy mają poczucie rozwierających się przed nimi niebios.

Reklamy

Ostatecznie nikt nie każe słuchaczom wlepiać się w divę i w to, co ona wyczynia na scenie. Mogą przecież zamknąć oczy i słuchać, słuchać, słuchać. Byle nie zasnęli. O ile taki zabieg zdaje się być wykonalny w przypadku śpiewaczki, o tyle podczas występu aktora-wyjca jest on nieskuteczny. Bo cóż z tego, że zaciśniemy oczy? Uszy nadal będą bombardowane, wręcz katowane. I właśnie na tym polega przewaga śpiewu klasycznego nad aktorskim.

Najgorsze, że aktorzy dramatyczni mają sojuszników w plastykach. Czynnik? Prawda. Bliżej – jej brak. Obawiam się, że malarze i rzeźbiarze w tej materii mogą mieć słuszność. Trudno uwierzyć stu pięćdziesięciokilogramowej divie, liczącej ze sześćdziesiąt wiosen, iż jest szesnastoletnią Butterfly, czyli motylkiem. Mało wiarygodna też staje się tuczna primadonna, która umiera na suchoty, zwłaszcza, gdy „lekarz kazał mieć nadzieję”. Nadzieję? Na co, na schudnięcie? I cóż z tego, że śpiewak podczas przedstawienia traci od 1,5 do 3 kilogramów, skoro przy pozostałych stu dwudziestu kilku jest to kropla w morzu tłuszczu.

Reklamy

No, ale od czego mamy wyobraźnię? Ona bywa pomocna wówczas, gdy trzeba przekonać widzów o trupnięciu tenora. Śpiewak w operze umiera ze dwadzieścia minut albo dłużej. I gdy już się wydaje, że bohater nie żyje, ten znienacka się zrywa i zaczyna piać.

Plastycy i scenografowie

Niektórzy plastycy i scenografowie, których niemało się kręci po teatrze przed każdą premierą, także nie potrafią pojąć, po kiego grzyba w roli przykładowej Gildy – skądinąd młodziutkiego i niewinnego dziewczęcia – nierzadko obsadza się kobitę po pięćdziesiątce, a w partii jej ojca Rigoletta – trzydziestokilkuletniego zdrowego barytona. To ci dopiero rodzinka! Trudno się dziwić ludziom pędzla i gliny, że gdy zbir Sparafucile sztyletuje Gildę, ci zacierają dłonie, bowiem książę Mantui wreszcie się uwalnia od starczych chuci sopraniszcza. Loży szyderców trzeba również przyznać rację w dwóch kolejnych przypadkach: pierwszym, gdy w Cyganerii najbrzydsza pod słońcem sopranistka wali po uszach publikę wyznaniem „la mia bellezza”, a także drugim, gdy Carmen – symbol pożądania – niedołężnie kręci kośćmi miednicy, rozlatującymi się z powodu zmian gośćcowych. I one mają być atrakcyjne?

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #sztuka #Skarżyński Aneta