Tylko w nielicznych artykułach, polecających filmy warte obejrzenia w tym roku, można natrafić na obraz Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”, który wszedł na ekrany kin 8 stycznia 2016 roku. Ten niepozorny, bez charakterystycznych dla wielkich produkcji fajerwerków zrobiony drugi (po „Helu”) fabularny obraz tej reżyserki, zdobył już trzy nagrody (publiczności, dziennikarzy i sieci kin studyjnych) na ubiegłorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni oraz został doceniony na festiwalach w Ann Arbor i Chicago.

Reklamy

O śmierci bez łez

Historia opowiedziana przez scenarzystkę Kingę Dębską w filmie „Moje córki krowy” nawiązuje do osobistych przeżyć i wydarzeń, które miały miejsce w życiu jej rodziny, przez co może wywoływać skojarzenia z filmem Małgorzaty Szumowskiej „33 sceny z życia” z 2008 roku.

Reklamy

Osią fabuły „Krów” są wzajemne stosunki dwóch sióstr: znanej aktorki serialowej Marty Makowskiej i nauczycielki klas początkowych szkoły podstawowej, Katarzyny. Stosunki nacechowane wzajemną zazdrością, kompleksami, niedopowiedzeniami z dzieciństwa i wczesnej młodości. Ale Martę i Kasię różnią również charaktery, różne do tego stopnia, że jedna z nich stwierdza, iż któraś musi być adoptowana.

Serialowa gwiazda jest samotna (jeśli nie liczyć córki z jednego z poprzednich związków; gra ją prawdziwa córka reżyserki, Maria Dębska), bardzo zorganizowana, zimna, zamknięta w sobie, pozornie pozbawiona uczuć i emocji, które u siostry – nauczycielki, egzaltowanej i nadpobudliwej są niemal na wierzchu. Mimo formalnego związku małżeńskiego z fajtłapowatym Grzegorzem (w tej roli kompletnie wbrew swojemu emploi obsadzony Marcin Dorociński, który podobno sam zabiegał o tę rolę i zagrał ją po prostu pysznie), sama musi się mierzyć z trudnościami dnia codziennego.

Reklamy

Nic więc dziwnego, że zdarza się jej nadużywać alkoholu. Obie nienajlepiej ustosunkowane do siebie nawzajem siostry, staną wkrótce przed prawdziwym sprawdzianem, jakim będzie opieka nad śmiertelnie poważnie chorymi rodzicami.

Aktorstwo - aż chce się oglądać

Kinga Dębska opowiada tę niewesołą historię w sposób zdecydowanie odmienny niż zrobiła to we wspomnianym na wstępie filmie Małgorzata Szumowska. W pierwszych recenzjach „Moich córek krów” pojawia się określenie, iż jest to komedia o dojrzewaniu, przyjaźni, rodzinie i śmierci wreszcie. Bardziej pasuje tu określenie tragikomedia, bowiem podstawowymi reakcjami, jakie u publiczności wywołują poszczególne sceny są właśnie śmiech i łzy. Nawet w scenie pogrzebu matki (Małgorzata Niemirska) udało się Dębskiej naturalne wzruszenie przełamać dowcipną wypowiedzią ojca (granego przez Mariana Dziędziela w sposób wręcz genialny). I to właśnie aktorstwo, poza niebanalnym ujęciem tematu przez scenarzystkę i reżyserkę Kingę Dębską, jest największym atutem jej filmu..

Reklamy

O Marianie Dziędzielu w roli despotycznego i egocentrycznego ojca, który w obliczu spraw ostatecznych staje się rubasznym, wesołym staruszkiem, niechcącym obarczać swoją chorobą córek, które „pieszczotliwie” nazywa krowami, można pisać jedynie w samych superlatywach. Trudne zadanie miała w tym filmie Małgorzata Niemirska, grająca głównie oczyma, ale jak na wybitną aktorkę przystało - wywiązała się z niego znakomicie.

Całkowicie odmiennymi środkami budują swoje postacie #Agata Kulesza (Marta) i Gabriela Muskała (Kasia). Pierwsza jest wyciszona i skupiona, druga – rozkrzyczana i energiczna. Obie aktorki tworzą kreacje, zasługujące na wyrazy najwyższego uznania. Taką grę aktorską (a tych dobrych kreacji jest w tym filmie dużo więcej, niż tylko te wymienione) chciałoby się jak najczęściej oglądać w polskim kinie. Dlatego bezwzględnie należy się wybrać do kina na „Moje córki krowy”.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Polska Nagroda Filmowa #polskie kino