Paweł Mazur: Skąd bierze się rosnąca popularność kryminałów opisujących „małe ojczyzny”?

Janusz Mika: Sentyment do „małych ojczyzn” funkcjonuje nie tylko wśród autorów kryminałów, ale w ogóle wśród pisarzy, ponieważ każdy ma swoje miejsce pochodzenia, wychowania, czy życia codziennego i z reguły dobrze się czuje w tej swojej „małej ojczyźnie”. Jeżeli gdzieś mieszkasz i znasz to miejsce „od podszewki” to najłatwiej jest właśnie tam zasadzić akcję powieści, gdyż każdy zaułek i każda uliczka jest ci znana. W moim wypadku zarówno w „Limerykach zbrodni”, jak i w mojej drugiej książce „Osiem dni Erzsébet”, która ukaże się w tym roku, „bohaterką” i jednocześnie tłem książki jest krakowska Krowodrza, czyli dzielnica, w której się wychowałem i z której nigdy nie zamierzam się wyprowadzać.

Reklamy
Reklamy

PM: Akcja obu książek rozgrywa się więc na Krowodrzy w czasach współczesnych, ale odwołań historycznych w nich nie brakuje.

JM: Bo też i Krowodrza ma bardzo ciekawą historię. Na przykład w czasie II wojny światowej była to dzielnica niemiecka, gdzie mieszkała cała generalicja gestapo i SS. Mamy też tutaj kilka miejsc martyrologii, jak choćby ulicę Pomorską, gdzie z najpierw była katownia gestapo, a po wojnie katownia UB. Sądzę, że już te fakty stanowią wystarczająco mroczne odwołania, aby osadzić tu kryminał. Z Krowodrzą wiążą się też różne zasłyszane anegdoty, które umieszczam na kartkach moich książek. Ciekawa jest dla mnie również kwestia migracji, bo za czasów mojej młodości „zasiedziałych Krowodrza” była zdecydowana większość. Obecnie przynajmniej połowa mieszkańców tej dzielnicy to studenci spoza Krakowa, którzy nie odczuwają tej identyfikacji z „małą ojczyzną” i jest im kompletnie obojętne czy mieszkają „na miasteczku”, na Prądniku, czy na Grzegórzkach.

Reklamy

Sądzę, że owa „krowoderskość”, „podgórskość”, czy „śródmiejskość” w jakimś sensie umiera poprzez proces migracyjny, a także za sprawą przemiany pokoleniowej – młode pokolenie nie zawsze przecież chce kultywować tradycje. Tym bardziej uważam, że obowiązkiem ludzi piszących książki jest zachować dla potomności pewien obraz dzielnicy, w której się wychowali i staram się sam to robić.

PM: Prowadzi pan też cykliczne spotkania pod nazwą „Krakowski Czwartek Kryminalny”. Skąd pomysł na ten cykl?

JM: Pomysł na „Krakowski Czwartek Kryminalny” powstał w umysłach: Krzysztofa Maćkowskiego i moim, razem tworzymy Fundację Promocji Kultury „Urwany Film”. Chcieliśmy przedstawić publiczności różne aspekty pracy kryminologów. Naszymi gośćmi początkowo byli wyłącznie literaci, ale wbrew pozorom bardzo ciekawe były także późniejsze spotkania z ludźmi, którzy są: biologami, policyjnymi specjalistami od daktyloskopii albo od portretów pamięciowych, chemikami. Ostatnie spotkanie miało miejsce w Ogrodzie Botanicznym, gdzie oglądaliśmy rośliny, które są niebezpieczne, a nawet zabijają.

Reklamy

PM: Można powiedzieć, że to warsztaty dla piszących kryminały.

JM: Trochę tak, bo jeśli ktoś faktycznie nosi się z zamiarem napisania kryminału, to może dzięki nam wpaść na jakiś oryginalny pomysł. W kryminale niekoniecznie ktoś kogoś musi uderzyć młotkiem głowę albo udusić – można użyć pewnych środków, które są trudniej wykrywalne i stwarzają więcej kłopotów dla ujawnienia zbrodni. Staramy się, by każdy z naszych czwartków był inny i zapraszamy zarówno ludzi, którzy piszą, jak i tych, którzy się z tym „kryminałem” spotykają na co dzień – takich, dla których jest to po prostu praca. #książka #morderstwo #kultura Kraków