Na początku przedstawię się jako człowiek wychowany w latach 90-tych i absolutnie wielbiący muzyczne klimaty tego okresu. Moim niespełnionym marzeniem było świadome przeżywanie tego, co toczyło się obok mnie, kiedy byłem szkrabem - płyty i kasety, koncerty, moda... Ostatnie kilka lat skutecznie wyciera zwrot "niespełnione". Wiele zespołów robiących wielkie kariery ponad dwadzieścia lat temu, teraz powracają z nowymi albumami i koncertami!!
Część mojego marzenia miała się spełnić 16 czerwca. W ramach Rock In Summer miały zagrać kultowe formacje okresu, zespoły Suicidal Tendencies i Body Count. Pierwotne miejsce, Park Sowińskiego, zostało zmienione parę tygodni przed imprezą - koncert finalnie odbył się w klubie Progresja Music Zone, co, biorąc pod uwagę klimat muzyki, było jedynym właściwym rozwiązaniem.

Ciężki wieczór 

Już same nazwy zespołów sugerowały, że nie będzie to lekki wieczór: Tendencje Samobójcze (Suicidal Tendencies) oraz Zliczanie Zwłok (Body Count). Niewiele pomagał fakt, że występ legend poprzedzał polski zespół o nazwie Nadzieja (zespół Hope)... 
Nieprzypadkowo użyłem dużego zwrotu "legendy". Zarówno Suicidal Tendencies, jak i Body Count ustalały nowe kierunki muzyki metalowej, łącząc wirtuozerię, kunszt i świadomość muzyczną heavy metalu, bezkompromisowość i zadziorność hardcore punka z rapowym skandowaniem. Groźny image ulicznych gangów - niebędący zresztą tylko wymysłem marketingowym - wyrywał z kolei metal spod władania muzyków w obcisłych ubraniach i tapirowanych fryzurach. 
Najważniejszy zaś jest wpływ kulturowy obu zespołów. Pokazały, że #muzyka rockowa może być zróżnicowana - obok takich zespołów jak Living Colour, Fishbone, 24/7 Spyz czy Dan Reed Network, pokazywały, że zespoły, w których grali czarni i latynosi mogą dzielić scenę z białymi muzykami, często nawet dodając nową wartość muzyczną. 
Dlatego występ Suicidal Tendencies i Body Count naturalnie wzbudzał ekscytację fanów metalu. 

Hope

Rozpoczęcie wieczoru przypadło zespołowi Hope. Jak nazwa wskazuje, dawali nadzieję na solidną sztukę ostrej muzyki z rapowanymi wokalami. Pokazali już, że nie boją się klasyki w tym nurcie, kiedy wspierali Liroya w jubileuszowej trasie. Doliczyłem się ośmiu ludzi na scenie, w tym dwóch wokalistów i dwóch DJ-ów. Muzyka, którą generują panowie, to, według klimatu wieczora, mieszanka Limp Bizkit, Clawfinger i Rage Against The Machine - przepis bardzo popularny w Polsce i na świecie, parę lat temu przypomniany w naszym kraju przez Wu-Hae, z tym tylko, że Hope stawiają na angielskie teksty. Godnie rozpoczęli wieczór, solidnie rozgrzewając publikę przed występem legendarnych gospodarzy wieczoru.

Suicidal Tendencies - samobójcze tendencje

Suicidal Tendencies, pod przywództwem charyzmatycznego wokalisty Mike'a Muira, pozostającego jedynym stałym członkiem zespołu od lat zaczęli od rzewnego gitarowego intra do utworu "You Can't Bring Me Down", który już w wersji żywiołowej, wręcz szaleńczej, rozpoczął koncert. I szalone tempo narzucone przez przodownika, podtrzymały kolejne utwory, a był to wieczór hitów, więc zabrzmiało także "War Inside My Head", "How Willl I Laugh Tomorrow", "Cyco Vision", "Possessed To Skate", przy którym na scenę wciągnięto parę osób z widowni, w różnym wieku, różnej płci, czy "I Saw Your Mommy". Ciekaw byłem, jak rozwiążą kwestię "Institiutionalized", utworu, który na najnowszej płycie przerobił... Body Count. 
Koncert z typu ładowarek energii na przyszłość, przy jednoczesnym totalnym wyładowaniu tu i teraz. Moc i szaleństwo, które "wręczali" muzycy widowni, nie szła na marne: pod sceną działo się istne szaleństwo, które nakręcał także Muir, biegając i skacząc z jednego krańca sceny na drugi. Nawet postawny perkusista wyskoczył zza zestawu, żeby porwać mikrofon i wykrzyczeć parę słów pozdrowienia i zapowiedzi następnego utworu, bodajże "War Inside My Head".

Gwiazda wieczoru

Gwiazdą wieczoru był zespół Body Count, na plakatach sygnowany z dopiskiem: "...and Ice T", co jest prawdą i nie do końca prawdą: Body Count jest pomysłem Ice T, który go założył, zespół funkcjonuje, kiedy lider ma przerwy w solowej karierze rapera albo aktora. 
Ice T jest uznawany za ojca chrzestnego gansta rapu, co pociąga pewne konsekwencje - teksty jego piosenek są zjadliwymi tyradami społecznymi, a muzyka, także z kręgu metalowego ma bardzo nie po drodze z subtelnością. Krytykując nieprawidłowości społeczne, Ice T atakuje policję ("Cop Killer"), rasizm ("KKK Bitch", kończący występ "Mommy's Got To Die"), pozerkę ("Talk Shit, Get Shot"), gangsterkę ("Drive By") czy zniewieścienie facetów ("Manslaughter"). 
Zapowiedzi poszczególnych utworów, stając się małymi referatami, manifestami, zadają kłam obiegowej opinii, że ideologia i inteligencja rockamnów ograniczają się tylko do sloganu "Sex, Drugs & Rock 'n' Roll", (choć dla tego pierwszego, Ice T także ma dużo miejsca w swej lirycznej inwencji). 
Jak można było się spodziewać po projekcie około rapowym, koncert Body Count wprowadził w inny klimat, niż Suicidal Tendencies. Po intro rodem z gotyckich horrorów i wstępie z "Body Count Is In Tha House" posypały się walcowate rytmy, miarowo sieczące gitary i wystrzały podwójnych bębnów centralnych. 
Tak jak teksty Ice T, tak i muzyka Body Count jest bardzo agresywna i mocna w przekazie i odbiorze. Muzycy grali i zachowywali się, jakby rzucali ciągłe wyzwanie widowni: "Kiedy się na nas rzucicie, czekamy na bójkę?!". Jednocześnie Ice T miał doskonały, otwarty kontakt z publiką, rozmawiając i pozdrawiając. Gdy wypatrzył jakąś nastolatkę, pogratulował wyboru koncertu - przecież, w tym wieku, mogłaby być na koncercie Justina Biebera... 
Choć Body Count w 2014 roku wydali nową płytę, postawili na żelazne klasyki, z nowej płyty serwując tytułowy "Manslaughter" i singlowy "Talk Shit, Get Shot". Poza tym, zabrzmiały szlagiery: "There Goes The Neighborhood", "Voodoo" czy mix coverów klasyki punk rocka, The Exploited, który, wespół z zespołem Slayer, Ice T nagrał na słynną ścieżkę dźwiękową do filmu "Judgement Night". Cały czas czekałem, co z tym "Institutionalized", no i się doczekałem... i trochę zawiodłem. Ice T pozdrowił Suicidal Tendencies, przyznał, że z początku Body Count czuli się zagrożeni przez Suicidal Tendencies - ich dominacja jako "pierwszych gangsterów metalu" została zagrożona, czarne bandany kontra niebieskie. Pół żartem, ale chyba też trochę pół serio, właśnie zaszłościami bandziorskimi Ice T wytłumaczył brak obecności kogokolwiek z ST prz tym utworze, który został zresztą zagrany w wybitnie skróconej i chaotycznej wersji, z oryginalnym tekstem ("Institutionalized 2014" w wykonaniu Body Count ma nowy tekst, napisany przez Ice T). Trochę przykro, gdyż oczekiwałem, że będzie to wybuchowe podsumowanie wieczoru, ale. Ice T i Mike Muir widocznie znają klasykę polskiej literatury, że dwóch ich, jak słońc zanadto i woleli nie dzielić sceny, bo każdy, ze swoją energią i charyzmą potrzebowałby podziały na równe... 100%.
Marzenia się spełniają cały czas - kolejne przystanki, zwane "Suicidal Tendencies" oraz "Body Count", odwiedziłem. I to był bardzo dobrze spędzony czas w Progresja Music Zone. 
Oba zespoły, każdy na swój sposób, naładował widownię potężnym ładunkiem energii, dając okazję do wyskakania się i pokiwania. Pojedynek gigantów bez rozstrzygnięcia - remis, ze wskazaniem na... muzykę!
#Kultura Warszawa #popkultura