Trafiają się czasem książki tak kiepskie, że przez swoją nieudolność niezamierzenie śmieszą i mimo potknięć autora czyta się je od początku do końca. Niestety, powieść Jo Ann Bender do takich pozycji się nie zalicza - jest po prostu okropna, a czytelnik ma jej serdecznie dość już po kilkudziesięciu stronach.

Mamy rok 1940, armia III Rzeszy podbiła właśnie Francję, a jej przedstawiciele wkraczają do małego miasteczka Villepente, aby przejąć w nim władzę. Rolę zarządcy obejmuje major Hurst, który zakwaterowuje się w domu aktualnego burmistrza, Henriego Gauthiera. Jego córka, Antoinette, szybko wpada w oko SS-manowi i po kilku zaledwie dniach dochodzi między nimi do zbliżenia, a gdy po kilku miesiącach okazuje się, że Francuzka jest w ciąży, zostaje wysłana do ośrodka Lebensborn.

Placówki tego typu istniały w całej III Rzeszy, zaś ich rolą był nadzór nad urodzinami czystej krwi "nadludzi", do których miałby zaliczać się potomek Hursta. I tyle o fabule wystarczy - jak widać po jej zarysie, autorka miała tu spore pole do popisu, jednak nie wiedziała za bardzo, co z tym fantem zrobić.

Źle, niedobrze, kiepsko, wręcz tragicznie

Zacznijmy od samej bohaterki - siedemnastoletniej Antoinette, której naiwność i po prostu głupota są wręcz porażające. Ma swojego chłopaka, Jacquesa, z którym nigdy nie "połączyła się" bliżej, jednak na widok majora w mundurze SS ochoczo pozwala pozbawić się dziewictwa i zapłodnić w imię czystości rasy nordyckiej i nowego porządku świata. Jej rozważania o mężczyznach i wahania dotyczące ich są tak naiwne i nieudolnie opisane, że prawdopodobnie pierwsze lepsze romansidło dla gospodyń domowych bije je na głowę. Dziewczyna wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, kim są SS-mani, czym jest III Rzesza, ani też wojna, choć nie przeszkadza jej to wspierać brata i wspomnianego chłopaka, którzy dołączyli do ruchu oporu. Antoinette jest postacią niesamowicie sztuczną i bezbarwną, odgrywając w powieści rolę rekwizytu, który musiał się pojawić, aby można było ukazać ośrodek Lebensborn w Niemczech. Jest niczym lalka, która służy za główną ozdobę książki, dając się przestawiać i przesuwać każdemu, kto tylko znajduje w pobliżu.

#książka dzieli się na dwie części - "Francja" i "Niemcy". W pierwszej pokazana jest historia romansu Antoinette i majora Hursta, a także jej przyjaciółki Danielle, Henriego Gauthiera oraz samego Villepente. Niestety, tu również mamy do czynienia z "lalkami", a naiwność niektórych dialogów i postaci woła o pomstę do nieba. Bender ma irytujący zwyczaj wtrącania słówek niemieckich bądź francuskich w czasie dialogów i czytelnik widzi Francuzkę mówiącą Mon Dieu w trakcie jej wypowiedzi w ojczystym języku, która jest oczywiście w całości przetłumaczona na polski. Trudno to zrozumieć - jeżeli dziewczyna mówi cały czas w swoim języku, to również i to powinno być przetłumaczone. Zabieg ten (wstawianie niemieckich i francuskich słówek) ma służyć wyłącznie podkreśleniu narodowości mówiącej postaci i również wygląda to niezmiernie sztucznie, co na dłuższą metę irytuje.

Bender pisze po prostu fatalnie, a niektóre partie tekstu dotyczące Lebensborn wyglądają tak, jakby żywcem skopiowała je z Wikipedii czy jakiegoś artykułu na ten temat i zmieniła nieco pod kątem książki. Mieszkanki ośrodka nie mówią naturalnie swoich kwestii, a po prostu recytują informacje na temat Lebensborn, dostępne w różnych współczesnych źródłach, co jeszcze bardziej osłabia tę i tak kiepską powieść. Jeżeli ktoś nie dowierzałby, że to fatalna książka, pozwolę sobie zacytować pewną perełkę. Nie dotyczy ona Antoinette, ale jej brata, który zbiegł na południe Francji i los się do niego uśmiechnął. A jak? Proszę spojrzeć:

"Jako że potrzebował nowej tożsamości, postanowił teraz być handlarzem wina. Tego popołudnia, kręcąc się po porcie, podsłuchał, jak jakiś mężczyzna rozmawiał z jednym z marynarzy o dostawie wina. Tak się szczęśliwie złożyło, że mężczyzna był z wyglądu do niego podobny".

Jedną z atrakcji książki miał być fragment dotyczący tajnej kwatery Himmlera, gdzie spotykał się ze swoimi wiernymi rycerzami z SS. I owszem, jeden rozdział poświęcony jest takiemu spotkaniu, jednak opisane jest ono tak, że doskonale pasowałoby do spotkania członków współczesnego bractwa rycerskiego czy miłośników LARPów. Niestety, w tym aspekcie autorce nie starczyło już wyobraźni i przedstawiła wszystko tak ogólnie, że czytelnik szybko zapomni o tym wydarzeniu.

Podsumowując: są powieści złe i bardzo złe. To można zrozumieć - ludzie pisują różnie. Tylko dlaczego ktokolwiek wydał "Lebensborn"? To pozostanie na zawsze zagadką.