Wybory w Austrii i referendum we Włoszech to kolejne przypadki, kiedy zaobserwować można współcześnie obowiązujące, powszechnie i chętnie używane kategorie, szczególnie w opisie polityki. Język mediów ma charakter języka manichejskiego.

Przekaz zagrożenia

Nieważne, czy mówi się o Brexicie, wyborach prezydenckich w USA czy Austrii, referendum we Włoszech czy Kolumbii, zawsze dochodzi do określenia jednej z opcji jako absolutnie właściwej, drugiej jako niebezpiecznej. Wybór Hofera miał oddalać od Europy, wynik referendum w Kolumbii oraz we Włoszech (oba narody odrzuciły proponowane im zmiany) to zagrożenie dla demokracji.

Reklamy
Reklamy

Jest to dziwne, że #Demokracja teoretycznie zakłada istnienie co najmniej dwóch wyborów, z których oba są traktowane jako sobie współmierne.

Oczywiście bywają sytuacje, gdy dochodzi do stanu nadzwyczajnego, kiedy ewidentnie wybór jest wyborem między „złem” a „dobrem”, jak np. wybory prezydenckie w Polsce w 1990 r. czy w niedawne w Birmie. Lecz ma to miejsce zazwyczaj, gdy w danym kraju mieliśmy do czynienia z istotnym kryzysem, lub gdy w państwie dochodziło do zmian ustroju (zazwyczaj z autorytarnego na bardziej demokratyczny). Obecne liberalne media mają jednak skłonność każde wybory opisywać jako kryzysowe, jako krok w przód (nieokreślony) lub w tył. A każdy krok w tył w oczywisty i bezsprzeczny sposób zakończyć się może wyłącznie upadkiem. Zsunięciem na sam dół.

Przy tym sam przekaz jest wybitnie defensywny.

Reklamy

To raczej „obrona” czy „uniknięcie” niż efektywne i ostateczne zwycięstwo. Pytanie, czy liberalne media nie potrafią inaczej, czy może taki sposób opisywania rzeczywistości ma jakiś cel? Zagrożenie to zawsze było bardziej dostrzegane z prawej strony (populistycznej), choć wybory w Grecji, Hiszpanii czy Islandii, wygrywane przez lewicę, też nie uzyskiwały stosownego imprimatur.

Ogłupione narody

Należy ufać, że w stabilnych demokracjach stosowne mechanizmy społeczno-polityczne gwarantują, że dopuszczane są wyłącznie takie opcje, które nie są zagrożeniem dla państwa. Że wszystkie prawybory, stabilne systemy partyjne zapewniają, że nie dojdzie do sytuacji, gdzie zaślepiony naród, ogłupiony i nieświadomy, podejmuje wybór oczywistego zła. Tym bardziej że argument o ogłupieniu narodu, oszukaniu go przez „antydemokratyczne” siły jest o tyle mało przekonywujący, że akurat ani Hofer, ani Trump, by podać ich jako przykład, nie posiadali przewagi medialnej.

Sugeruje się więc, że politycy ci odwołali się do jakiś ukrytych, niejawnych, ale niezaprzeczalnie złych resentymentów w danym narodzie.

Reklamy

Efektem takiego myślenia jest wprowadzenie dyskursu podejrzeń. Ten z kolei prowadzi do zastosowania prostego podziału, podług którego wszystkie zjawiska w życiu społeczno-politycznym zaczynają być dzielone na „pro” i „anty”: proeuropejskie, prowolnościowe, a nawet dalej, zależnie od mody, progejowskie, proimigranckie oraz na ich złe przeciwieństwa.

Obowiązkowa proeuropejskość

W Europie oczywiście istnieje wieńczący wszystko podział na „pro” i „antyeuropejski”. W dyskursie tym dochodzi też do wzajemnego uwarunkowania postaw tak, że antyeuropejskie to antydemokratyczne, przeciwne imigracji jest antyliberalne itp. Wzajemne uwarunkowanie ma być niejako gwarancją tego, że żadne nie będzie odrzucone. Kto wybierałby „antyeuropejskiego” polityka, jeśli miałoby to za sobą nieść odrzucenie norm demokratycznych?

Narracja jednak mało trzyma się rzeczywistości, jak w przypadku referendum we Włoszech, gdzie to premier starał się znacznie osłabić senat oraz poszczególne regiony. A jej efekt jest wręcz przeciwny: prowadzi ona tylko do zawężenia wyboru i bardzo utrudnia właściwy opis rzeczywistości. Bo w ostatecznym rozrachunku liberalne, zazwyczaj, media muszą, jeśli wynik jest przeciwny ich oczekiwaniom, albo się z tej narracji wycofać lub popadać w dogmatyzm. A wtedy już daleko od prawdy i obiektywnego przekazu.

źródło: wpolityce.pl

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Wielka polityka