Aleksander Dugin obwieścił niedawno koniec sojuszu Turcji i Zachodu. Ma być to m.in. efektem wizyty Erdogana w Rosji, cytowanie w tych okolicznościach Aleksandra Dugina, politologicznego idioty i filozoficznego szarlatana, jest raczej czystą rozrywką. To specyficzna postać rosyjskiego życia politycznego, prorok i prowokator jednocześnie. Lecz sprawa pozycji Turcji w dzisiejszym świecie to jednak rzecz ważna.

Turcja w sojuszu z Rosją

O przejściu Turcji do obozu rosyjskiego można spekulować tylko na zasadzie czystej fantazji. Taka zmiana mogłaby mieć miejsce pod warunkiem rezygnacji przez Turków ze wszystkich swoich kluczowych interesów narodowych. Tylko w kwestii Rożawy (obszaru Syrii zamieszkałego przez Kurdów) można mówić o zbieżności interesów obu krajów, bo już w materii polityki bliskowschodniej, jak wojny w Syrii czy Iraku, takiej zbieżności nie ma. #Rosja chce utrzymać zależne od siebie rządy partii BAAS; Turcja promuje rządy islamsko-demokratyczne. Poza tym - kremlowskie wsparcie dla Iranu, sprzeczne interesy w obszarze kaukaskim, bałkańskim czy nadczarnomorskim. Czy Turcja byłaby gotowa zrezygnować z wszystkich swoich interesów i planów zagranicznych, bo jako sojusznik Rosji nie będzie ich wstanie przecież realizować?

Aksjologia i polityka

Odkładając na bok fantazję, warto pytać o relacje Zachód-Turcja. Konflikt między tymi stronami zasadza się na poziomie tak politycznym, jak aksjologicznym. Turcja nie jest klasyczną liberalną demokracją, ośrodki opiniotwórcze na zachodzie z kolei sądzą, że między liberalną demokracją a tyranią nie może być form pośrednich. Tym samym islamska, konserwatywna demokracja musi okazać się projektem nieudanym z założenia. Stąd tak łatwe posądzanie Erdogana o dyktatorskie skłonności. Inny jest na pewno porządek wartości. W Turcji stabilność wyprzedza demokrację i nie znaczy to, że ta druga jest ignorowana. Może po prostu pierwszeństwo mają uprzedzenia względem prawicowego przywódcy ze strony liberalnych mediów? Zresztą w Europie, „zagrożonej” prawicowymi rządami, nie powinno to dziwić.

Gdy chodzi o polityczną stronę zagadnienia to przyczyny zadrażnień są podobne jak w przypadku Londynu: Ankara po prostu może być autorem, konkurencyjnych względem tandemu Berlin-Paryż, projektów politycznych, prowadzącym samodzielną politykę. Stąd wyczuwalny brak wsparcia rządu tureckiego w sprawie walki z puczystami. Stąd też antyzachodnie gesty urażonej Turcji. Nie wchodząc tutaj w kwestię realnego zakresu i natury zamachu oraz sensowności represji stosowanych przez rząd Erdogana, to Zachód winien wykazać się jeśli nie większą wrażliwością, to przynajmniej lepszym instynktem samozachowawczym.

Odbudowanie zaufania

Turcja czuje się więc opuszczona z powodów politycznych i aksjologicznych przez Zachód. Z perspektywy Ankary, Zachód doprowadził do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie, nie był gotów do interwencji, czego efektem było pojawienie się w Syrii wojsk rosyjskich. Pytanie dodatkowe - czy w Europie i Ameryce nie działają czynniki, które najchętniej by Turcję z NATO wypchnęły. Erdogan nie jest szaleńcem i musi mieć jakieś podstawy do oskarżeń względem USA co do wsparcia ostatniego zamachu. Dla USA destabilizacja Turcji byłaby przysłowiowym strzałem w kolano, pytanie kto chce popsucia relacji USA i Ankary i podsuwa tej ostatniej dowody udziału USA w spisku?

Co więc robi Erdogan na Kremlu? Proste, Putin od dawna służy w Europie jako straszak, zresztą świetnie gra swoją rolę. Mówiąc kolokwialnie, prezydent Turcji spotykając się z gospodarzem Kremla, wysyła do Waszyngtonu sygnał: jestem na was obrażony i co wy na to? Dla Turcji Rosja to nie partner.

Od dość dawna na linii Waszyngton-Ankara nie ma dobrych relacji, ze strony tureckiej padają liczne oskarżenia, także o dogadywanie się Waszyngtonu z Kremlem za plecami Ankary, w sprawie Syrii. Dopiero nowy przywódca USA może odnowić wzajemne relacje.

źródło: geopolityka.net

Kopiowanie i wykorzystywanie treści bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#Bliski Wschód