Janina Parandowska, dziś może trochę już zapomniana, dla wielu ludzi w Polsce była ikoną, nie tyle dziennikarską, bo do jej pełnego obiektywizmu i sposobu wykonywania zawodu trzeba mieć zastrzeżeń sporo, lecz ikoną polityczną. Mianowicie była ona polską westalką w świątyni socjalliberalizmu, projektu, który można w skrócie opisać, na warunki Polskie, jako zjednoczenie postkomunizmu (tego oświeconego) z liberalną częścią Solidarności.

Nowe utopie

Nie była to wyłącznie polska specyfika, lata 90. były okresem przemian dla całego kontynentu, weryfikacji dawnych utopii, i narodzenia się nowych. Socjalliberalizm to połączenie liberalizmu z socjalizmem i aby zrozumieć jego naturę najlepiej zanalizować jego ekonomiczną formę: neoliberalizm.

Wyższość socjalizmu nad kapitalizmem zasadzała się na tym, że ten pierwszy gwarantować miał stały wzrost ekonomiczny, a osiągał to poprzez produkcję: stała produkcja miała być źródłem bogactwa. Skończyło się to tak, że produkcja była z czasem coraz mniejsza, a dość szybko wyszło na jaw, że także dużo gorsza. Kapitalizm rozwijający się cyklicznie, nie dawał gwarancji permanentnego wzrostu, lecz poprzez przemyślane decyzje jednostek, globalnie wychodził en plus. Neoliberalizm jest z kolei mutacją idei permanentnego wzrostu, jednak nie poprzez produkcję, lecz konsumpcję, inaczej mówiąc: socjalizmem realizowanym liberalnymi metodami.

Fuzja szkół

Liberalizm nie wzbogacał wyłącznie lewej strony, lecz i prawą, stąd myśl konserwatywno-liberalna, w USA określana jako fuzjonizm. Śmiem twierdzić jednak, że na prawicy połączenie tych dwóch szkół dało bardziej pozytywne wyniki, dlatego że osłabia ono wady obu: w liberalizmie powstrzymuje specyficzną dla niego frywolność, a w konserwatyzmie, by użyć słów Wierzbickiego, „bezbrzeżną głupotę”; natomiast na lewicy, socjalliberalizm wzmacnia strony negatywne: socjalizm dodaje do swego wokabularza hasło wolności i tym samym wzmaga się w nim jego „bezwarunkowa ignorancja”, specyficzna dla niego, a liberalizm staje się jeszcze bardziej prometejski. W warstwie społeczno-politycznej przejawia się to inżynierią realizowaną w imię wolności, wyzwalania nowych grup z fobicznego uścisku.

Na zachodzie mieliśmy zbliżenie socjaldemokracji z chadekami (lub gaulistami we Francji): ci pierwsi rezygnowali z uspołecznionej własności i polubili międzynarodowy kapitał, a drudzy zaakceptowali nowe punkty na liście podstawowych praw człowieka, jakie nie śniły się ich XVIII-wiecznym twórcom (czyt. geje i cała reszta). Na, co by nie było, dzikim wschodzie owocem miała być „partia liberalna”, w Polsce oczywiście Unia Wolności, a w końcu LiD; choć rządy postkomunistów z liberałami znane były na Węgrzech, czy w Rumunii i kończyły się mniejszą lub większą katastrofą.

Poronione dziecko politycznej miłości

Ostatnim dzieckiem (politycznym) Paradowskiej i Michnika była Lewica i Demokraci, i na jej przykładzie widać bezsens całego projektu. Dziecko to, cóż, szpetne było od początku, z licznymi wadami genetycznymi a więc niezdolne do samodzielnego życia, w końcu jego postępowi rodzice poddali je eutanazji. Między dwiema konkurencyjnymi siłami w Polsce widać istotne różnice; projekt konkurencyjny dla centrolewu (dziś w formie PiS) był zawsze bardziej konsekwentny i przemyślany, niezależnie od tego czy nam się podoba. Natomiast projekt "Wyborczej" i "Polityki" był w gruncie rzeczy towarzyski, czy też „metatowarzyski”: chodziło o partię, gdzie obok postkomunistycznego cwaniaczka zasiądzie liberalny inteligent i ten drugi zmieni naturę pierwszego. A jak to się kończy pokazał nam los inteligenta z "Tygodnika Powszechnego", Bartłomieja Sienkiewicza, który prędzej schamiał niż nauczył kolegów z boiska czytać Homera. Westalka umarła, jednak kult nie wygasł, pewnie tli się w KOD ciągle ta sama utopia jedności „ludzi przyzwoitych”.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Polityka Warszawa #PiS