Z tym że praca górnika jest ciężka i niebezpieczna, nie sposób się nie zgodzić. Za pracę tą górnikom powinno się należeć odpowiednie wynagrodzenie i to również nie budzi wątpliwości. Wątpliwości budzi natomiast to, czy państwo polskie stać w ogóle na utrzymywanie nierentownych kopalń i ciągłe uleganie szantażom (bo inaczej tego nazwać nie można) górniczych związków zawodowych i przedstawicieli branży. Jeśli gdziekolwiek w mediach pojawia się słowo "górnik", przeciętny obywatel widzi ciężko pracującego pod ziemią, umorusanego człowieka. Tymczasem za górników mają się również tysiące dyrektorów, wicedyrektorów, kierowników, sztygarów, którzy od co najmniej kilkunastu lat nie byli pod ziemią. Pracując na ciepłych biurowych posadkach to oni właśnie najbardziej krzyczą, jak to górnikom ciężko i źle i że należą im się za ciężką pracę kolejne przywileje.

Tłusty związkowiec to pokorny związkowiec

Sytuacja w polskim górnictwie to patologia. Sprywatyzowane kopalnie, w których nowi właściciele postawili się związkom zawodowym i wyplenili pasożytnictwo, potrafią nie tylko na siebie zarabiać, ale także wypracowywać dla swoich właścicieli całkiem przyzwoity zysk. Dlaczego zatem tak być nie może w kopalniach państwowych? Nie może, naruszyłoby to bowiem szereg prywatnych interesów związkowych górniczych bonzów, prezesów spółek, które jak pasożyty obrosły polskie kopalnie i pośredniczą nie tylko w sprzedaży węgla, ale zakupie maszyn, maseczek przeciwpyłowych czy papieru toaletowego. Naturalnie na polskim węglu świetnie zarabiają również zaprzyjaźnione z prezesami kancelarie prawne i podatkowe, którym zleca się za ciężkie miliony przygotowanie nikomu niepotrzebnych opinii i analiz, a one również mogłyby stracić na reformie branży. Mamy więc umierającego, który leży pod państwowym respiratorem, a z jego kieszeni już co się tylko da wyciągają znajomi królika.

Patologia goni patologię, rozwiązania póki co brak. Za to realne jest widmo kolejnych strajków, palenia opon i bijatyk z Policją na ulicach Warszawy. W poniedziałek przedstawiciele związków zawodowych mają naradzać się i przygotowywać projekt porozumienia płacowego, który ma objąć ponad 30 tysięcy pracowników Kompanii Węglowej. W sytuacji, w której branża przeżywa kryzys a tysiącom zatrudnionych grozi utrata miejsc pracy, dla związkowców największym problemem są oczywiście wynagrodzenia. Ich wynagrodzenia, bo trudno uznać, że jakiekolwiek działania górniczych związków zawodowych mają na celu ochronę interesów szeregowego górnika, który ciężko pracując pod ziemią i ryzykując życiem i zdrowiem pracuje na utrzymanie czterech swoich kierowników i dwóch dyrektorów oraz skarbnika w związku zawodowym.

Reforma górnictwa konieczna

Rząd wielokrotnie proponował ograniczenie przywilejów na rzecz utrzymania miejsc pracy górników. Związkowcy nie chcieli nawet o tym słyszeć. Nie widzą, albo nie chcą widzieć tego, że polski węgiel już nie jest konkurencyjny, że każda wydobyta tona państwowego węgla wymaga jeszcze dopłaty. Bez reformy górnictwa w Polsce sytuacja przypominać będzie sztuczne podtrzymywanie miejsc pracy "dla świętego spokoju".

Zdaniem związkowców na wynagrodzeniach i przywilejach nie wolno oszczędzać. Oszczędności natomiast można poszukać gdzie indziej. Gdzie? Na to pytanie przedstawiciele górniczych związków zawodowych nie potrafią odpowiedzieć. Wszelkie kwestie z tym związane to kompetencje zarządów kopalń, te niech więc martwią się, skąd na wszystko znaleźć pieniądze. Skończy się zapewne jak zawsze - rząd, chcąc zapewnić spokój i udobruchać nastroje, znajdzie kolejne pieniądze (czytaj zabierze komuś) i wesprze górników. Pytanie tylko, na ile ten przerabiany już wielokrotnie scenariusz ma rację bytu i jak długo sposób ten będzie funkcjonował.

Jednym z pomysłów reformy było zawieszenie na okres 2 lat wypłaty 14-tej pensji. Dałoby to 200 milionów zł oszczędności. Tymczasem straty Kompanii Węglowej tylko w ciągu 6 miesięcy to ponad 750 milionów złotych. Komentarz chyba zbędny.

źródło: forsal.pl #finanse publiczne #górnictwo #górnicze protesty