Może zabrzmi to dość brutalnie, ale zamachy w Brukseli nie zmienią wiele. I nie mówię tutaj wyłącznie o sprawie polityki, ale też o interpretacji zdarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach. Po ważnych, brutalnych i traumatycznych wydarzeniach oczekujemy jakiejś zmiany, przełomu. Słowa, słowa, słowa.

Oczekiwanie zmian

Przypominam sobie słowa premiera Norwegii po masakrze na wyspie Utoya. Zapewniał on, że ten brutalny atak zmieni Europę i nasz świat. Nie zmienił. A na pewno nie w tym zakresie, w jakim często oczekujemy. Jako przełom - nie chwilowe załamanie w dyskursie, lecz metamorfozę ludzi i zasad rządzących światem. Ani zamachy w Charlie Hebdo nie uczyniły nas bardziej odpornymi na fanatyzm religijny i szanującymi przekonania innych (zresztą sama redakcja czasopisma szybko zaprzeczyła tym oczekiwaniom). Również polityka po chwilowym wytrąceniu wraca na swoje tory, interesy są stałe, sojusze i zasady zmieniają się. Holland wprawdzie po ostatnich zamachach w Paryżu zapowiedział, jakże niepoprawną politycznie, zemstę, lecz ryk odrzutowców już zdążył ulecieć.

Polityczność

Polityczność i powiązana z nią interpretacja rzeczywistości, Weltanschauung, są odporne na okoliczności, na chwilowe trzęsienia. Zamach w Brukseli zrodzi kolejne oświadczenia europejskich władz, plus może zagrozi trwałości państwa Belgów, które okazało się być o wiele mniej sprawne niż dotychczas zakładano (lub chciano publicznie przyznać). Może zrodzi działania przeciw ISIS: polecą kolejne bomby, Kurdowie otrzymają więcej broni, Al-Asad i Putin poprawią swój image, jako jednak mniej groźni dla świata. Muzułmanie będą musieli bardziej zadbać o swój, wystąpi kilku imamów, którzy potępią, kilku intelektualistów, którzy orzekną, że to ważne, choć nie doceniane.

Nie chodzi mi o to, że nie będą podejmowane żadne działania, że teatr pozorów będzie dalej trwać, bez żadnych efektów. Nie będzie jednak wielkiej zmiany: zrozumienia potrzeb muzułmanów przez resztę Europejczyków ani oczekiwań Europejczyków przez wyznawców Allaha, gdyż nikt jej tak naprawdę nie zakłada. Zmiana ta nie istnieje w planach żadnej ze stron sporu. Naturą polityczności jest niezależność, nieznośna lekkość, fascynująca zdolność ignorowania wagi spraw, ciężaru potrzeb i oczekiwań. Czy zamachy w Brukseli znaczą coś nowego dla interpretacji świata wśród liberałów lub konserwatystów? Nie. Konserwatyści mają kolejny punkt na swojej liście pod tytułem „islamska inwazja” i "zagrożenie dla Europy". Liberałowie kolejny w obronie przed islamofobią.

Anemia tożsamości

Moment zdaje się służyć tym pierwszym. Kolejne artykuły o niebezpieczeństwie ekstremizmu prawicowego są coraz bardziej absurdalne - to tak jak gdyby ujawnianie nadużyć bankowych najbardziej grozić miało kapitalizmowi. Czy nie okazuje się, że to oni mieli rację? Że nie należało przyjmować, bo starcie cywilizacji, bo wrogie religie etc. To, co jednak budzi moje największe zdziwienie, to właśnie postawa prawicy. Czy to nie ona wierzy w siłę wspólnoty, trwałość zasad, tradycji i wartości? A kim są imigranci, Arabowie i muzułmanie? To tylko krew, geny, pojedyncze myśli, niedokończone koncepcje, zespoły etosów wyrwane z całości kulturowych dyskursów i tożsamości. Czy nasze organizmy są aż tak słabe, że niezdolne przyjąć tych kilku nowych genów, czy mentalnie jesteśmy aż tak niestabilni, że nie poradzimy sobie z innością, nową myślą?

Jakie plany powinien mieć względem nich, powiedzmy, nacjonalista? Powiedziałbym, że ten wierzący w Wielką Polskę, Wielkie Niemcy czy Wielką Francję, powinien widzieć w nich ten żywioł, który trzeba przerobić, zasymilować. A on mówi tylko, że się nie da, że nie można, że trzeba odseparować. Dziwny to wielki naród, który choruje na anemię. Anemię tożsamości. Tak prawica, jak i lewica zdają się być wyłącznie opiekunami pacjenta w stanie klinicznej zapaści.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#Unia Europejska #Terroryzm #Bruksela