Właściwie to formalnie - właściciele. Trudno uznać, że tak ogromny przekręt zdołał zorganizować samodzielnie pośledniejszego rodzaju biznesmen, korzystając jedynie z pomocy żony. Formalnie całym interesem sterował niejaki Marcin P., znany już od dawna wymiarowi sprawiedliwości i naczelnikom urzędów skarbowych. Znajomość nie do końca legalnych poczynań tego pana nie przeszkodziła mu absolutnie w rozkręceniu kolejnego wielkiego biznesu, na którym oszczędności nieraz całego życia straciły setki osób. Obserwując dziwne okoliczności, towarzyszące spółce Amber Gold, w szczególności głośne polityczne i biznesowe nazwiska (oraz nazwiska przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości), trudno nie odnieść wrażenia, że Marcin P. był jedynie zwykłym słupem, który za niewielką część zysku został twarzą szemranego biznesu.

Złoto dla zuchwałych, dla maluczkich dramat

Kulisów afery nie trzeba chyba nikomu przypominać. Oto spółka, którą praktycznie nie interesował się nadzór finansowy (a jeśli już, to zadziwiająco mało skutecznie) zaczyna oferować cudowne narzędzia i instrumenty finansowe, pozwalające na osiągnięcie niebotycznych zysków. W reklamowaniu spółki udział biorą znane polityczne twarze, jej prezes celuje w pokazywaniu się w towarzystwie prominentów. Nikt nie weryfikuje przeszłości Marcina P., a ci, którzy mieli o niej wiedzę i powinni reagować, również tajemniczo milczą. Amber Gold pozyskała od osób fizycznych i drobnych podmiotów w sumie kilkaset milionów złotych. Pieniądze te pozwoliły na uruchomienie wydmuszkowej linii lotniczej OLT Express, znanej chociażby z pustych przebiegów czy lotów z jednym pasażerem na pokładzie. Znanej również z tego, że w jej szeregach zatrudniony został syn ówczesnego premiera Donalda Tuska. Ten ostatni z całego stanu rzeczy był wręcz dumny.

Koniec końców, mało kto z inwestorów może obecnie liczyć na zwrot chociażby ułamka zainwestowanych w Amber Gold pieniędzy. Syndyk upadłej spółki zdołał spieniężyć część jej majątku, ale zgromadzone w ten sposób środki nie wystarczą na pokrycie nawet należności publicznoprawnych (ZUS i US). Sam Marcin P. od dawna przebywa w areszcie śledczym, co już samo w sobie stanowi kuriozum. Areszt tymczasowy jest środkiem zapobiegawczym, a w jego przypadku (absolutnie go tu nie broniąc) de facto stanowi już wymierzoną mu karę. Podobnie sytuacja wygląda z żoną Marcina P., Katarzyną P. W trakcie swojego pobytu w areszcie zdołała już urodzić dziecko jednego ze strażników więziennych.

Obydwoje państwo P. staną w poniedziałek (21.03) przed sądem. Oskarżono ich m.in. o pranie brudnych pieniędzy. Marcin P. póki co konsekwentnie milczy. Nie wiadomo, czy taką strategię zalecił mu jego obrońca, czy milczenie wynika po prostu ze strachu przed potężnymi mocodawcami, którzy w istocie sterowali całym biznesem i na tym nielegalnym procederze odnieśli największe korzyści.

Proces na długie lata

Sam proces przypominać ma osąd groźnych bandziorów - do sądu można będzie wejść tylko jednym wejściem, wzmocniona zostanie ochrona policyjna. Cały ten cyrk (inaczej tego w tej sytuacji nazwać nie można) ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa. Pytanie tylko, komu. Marcinowi P. przed wierzycielami czy może składowi sędziowskiemu przed tym "groźnym i brutalnym gangsterem"? A może chodzi o to, aby nikt Marcina P. nie odbił w walce? Nie wiadomo. Spektakl dopiero się zaczyna.

W sprawie przesłuchano już ponad 20 tysięcy świadków. Jeśli Marcin P. się uprze, trzeba będzie ponownie przesłuchiwać ich przed sądem. Sam areszt tymczasowy trzeba mu będzie w końcu uchylić. Czeka nas zatem proces na długie lata. Marcin P. nie jest idiotą, z pewnością ukrył gdzieś choć część nielegalnych dochodów. Jego ewentualnych mocodawców nie ustalono, albo też nikt nie miał interesu w tym, aby ich ujawnić.

Lud dostanie igrzyska, których się domaga. Ciemny lud wszystko kupi, jak mawiał klasyk.

źródło: gazetaprawna.pl

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #sądownictwo #polskie prawo #finanse