... premier Miedwiediew, będący drugą osobą w rosyjskim państwie i nieformalnym następcą Putina oznajmił jasno i wyraźnie, że #Rosja nie rzuci na pożarcie narodu syryjskiego. Narodu, który chwycił za broń i jest coraz bliższy zwycięstwa. Podstawowa logika podpowiada, że gdyby dowództwo połączonych wojsk ustaliło, że należy wyeliminować z dalszej walki rannych islamistów leczonych w szpitalach, dokonałoby tego w sposób konsekwentny. Oczywiście tak, aby stworzyć fakty dokonane jeszcze przed rozpoczęciem dyplomatycznych przepychanek w sprawie Syrii.

Wystarczy samodzielnie ruszyć głową ...

... aby zrozumieć, że połączone wojska Rosji, Syrii, Iranu, Iraku i Libanu nie podjęły takiej kampanii. Raz, ze względu na poczucie narodowej solidarności ze zwykłymi, niewinnymi ludźmi, którzy korzystają z pomocy medycznej na terenach okupowanych. Dwa, biorąc pod uwagę bezcelowość fizycznej likwidacji rannych islamistów leczonych w kraju wobec zapełniania nimi szpitali w Turcji. Trzy, z obawy przed wykorzystaniem takich ataków w celach wojny propagandowej przez Turcję i Arabię Saudyjską oraz ich amerykańskich sojuszników. Wspartych rzecz jasna przez środowiska rusofobiczne na całym świecie. Tyle wstępna ocena ogólna.

Suche fakty

Przejrzałem doniesienia na ten temat, przedstawione przez anglojęzyczne serwisy międzynarodowych telewizji. Wszystkie, z wyjątkiem Deutsche Welle i dziennikarzy egipskich przesądzają o winie Rosjan. To „na pewno” oni dokonali tej zbrodni wojennej. Mimo, że tak Lekarze Bez Granic jak Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka wskazują również na lotnictwo wojsk Asada jako możliwych sprawców. Z kolei w niemieckich serwisach informacyjnych można znaleźć wiadomość, że spośród 150 szpitali prowadzonych pod patronatem owych Lekarzy oraz UNICEF-u atakowano dotąd z powietrza 15. Łącznie z czterema trafionymi dzisiaj. Potwierdza to fakt, że nie ma kampanii niszczenia szpitali na terenach zajętych przez wrogów alawitów.

 

Obie miejscowości, w których rakiety trafiły szkoły i szpitale: Maaret al-Numan i Azaz (Asas) znajdują się w pobliżu granicy z Turcją. Ta pierwsza miejscowość około 60 km w linii prostej od tej granicy, a druga zaledwie 3 km. Dla nowoczesnej artylerii rakietowej ta pierwsza odległość jest jak najbardziej do przebycia. Turcy posiadają taką artylerię. Wystarczyło wybrać chwilę, w której nad tymi miastami krążyły samoloty bojowe wrogów #ISIS. Tragedia, która się teraz wydarzyła powinna odwrócić uwagę opinii publicznej od silnego tureckiego ostrzału kurdyjskiej armii powstańczej, walczącej z Państwem Islamskim. Nie dziwi zatem, że turecki premier jako pierwszy „mąż stanu” wyzwał Rosjan (w Kijowie) od morderców i terrorystów. Tak się (przypadkowo?) złożyło, że do tego aktu barbarzyństwa doszło akurat w dniu jego wizyty w innym ważnym państwie, które ma rachunki do wyrównania z Rosją. Oczywiście jest też inna możliwość: atak samolotów innych państw NATO.

No i co teraz?

Rzecz jasna rozpęta się kampania nienawiści do Rosji Putina. Islamiści są w potrzasku, bo Kurdowie zamknęli pierścień okrążenia „umiarkowanych” dżihadystów w Aleppo, więc na tym się nie skończy. Wygląda na to, że alawici dogadali się z nimi w sprawie utworzenia po zwycięstwie nad wspólnym wrogiem niepodległego państwa kurdyjskiego w północno-wschodniej Syrii. Ta ostatnia straci (dość małą) część terytorium, ale w ten sposób podłoży pochodnię pod państwo tureckie. Dla Ankary czas nagli, bo Turcja kierowana przez Erdogana nie odda ani piędzi ziemi. Na pewno wchodzi też w grę czynnik religijny – sfanatyzowany islam sunnicki.

 

Rola Putina jest trudna. Podobnie jak prezydent Johnson w czasie, gdy wojska amerykańskie walczyły w Wietnamie, nie może pójść „na całość” w obawie przed wywołaniem trzeciej wojny światowej. Będzie chyba musiał uderzyć w słaby (wbrew pozorom) punkt wojującego islamu: Arabię Saudyjską, Bahrajn i Katar. Oczywiście nie otwarcie, ale rękami Iranu. Spodziewajmy się gwałtownego wzrostu cen ropy. #Syria