Józek mieszka w lesie zupełnie samotnie. Chyba, że uwzględnić trzy pieski, które są jego wielkimi przyjaciółmi. Właściwie powinienem mówić: pan Józef, bo jest już starszym człowiekiem. Ale tak jakoś zaprzyjaźniliśmy się. Czasem wpadnę, pogadamy. Brat – łata. I najważniejsze, że od gór. Lubi się pochwalić, że jego przodkowie siedzieli na Podkarpaciu.

Jedni stąd, drudzy stamtąd

Jego przyniosło na Mazowsze. Ja z Mazowsza, ale ile czasu spędziłem w górach. Przystanek autobusowy nazywa się Szpruch. Właściwie jeden przystanek za Czerskiem  w stronę Warki – łatwo dojść na piechotę. Jest tu las, można grzyby zbierać. Józek ładuje je do słoików i w dowód przyjaźni czasem dostaję też taki słoik. Wyciąga go gdzieś z zakamarków swojej pracowni. Najważniejsze jednak, że Józek jest samorodnym talentem. Jest artystą z krwi i kości. Rzeźbi w drewnie i jednocześnie w kamieniu. Zrobił wielkie, parometrowe postacie rycerzy, którzy dniem i nocą strzegą Zamku Książąt Mazowieckich w Czersku, zrobił, na zamówienie, wcale nie mniejsze postacie kobiet u wejścia do restauracji nad Wisłą. Tamże wiszą jego płaskorzeźby w drewnie. Piastowscy woje stoją obok hotelu. Idzie mu to dobrze. Trzeba mieć pasję. Trzeba być aktywnym. A Józef całe życie był aktywny. Pracował w różnych zawodach. Fascynuje się historią, bo jak twierdzi, jej znajomość daje mu czasem inspiracje twórcze. Więc zna okolicę, zna historię. To przecież tu obok Pęcław – stare gniazdo Pęcławskich, Po drugiej stronie Traktu do Warki historyczne błota Tatary – dziś dzielnica Czerska. Dawno temu osadzono tu Tatarów. Służyli Zamkowi  - czerskiej metropolii. Byli świetnymi posłańcami. Tu wszyscy znają historię – to Ziemia Czerska. Józek jest stąd. Inspiracje dają też okoliczni biznesmeni, lokalne władze, czasem jest jakieś zamówienie z muzeum, są nagrobki kamienne. To chyba ideał: mieć pasję wspartą talentem – może odziedziczonym po przodkach - i całość zamienić  na sposób na życie, na zarabianie, by utrzymać siebie, swoja ogoniastą czeredkę i przedpotopowy samochodzik.

Wizyta

Wchodzę w obejście zawalone drewnianymi belami. Leżą, suszą się  i czekają na swoją kolej. Leży ich sporo. Część oparta o ogrodzenie. Nie zawsze łatwo zdobyć materiał. Lasy wokół cienkie, sosnowe. Grzyby są, ale wiadomo, do rzeźbienia potrzebne ciężkie, wysuszone kloce i w żadnym wypadku nie sosnowe. Stoją też już gotowe piękne kolorowe postacie. Siedzimy i gawędzimy w pracowni. Pracownia – jak to pracownia. Czy kto kiedy widział porządek w pracowni artysty? Józek odstąpił swój stary fotel. Gościowi należy się szacunek. Sam siedzi naprzeciw nad rozpoczętą płaskorzeźbą. Obok na zydelku dłuta, widać, że wpadłem w czasie roboty Na ścianie też pełno dłut. Wszędzie wióry. Wpada jakiś przyjaciel z sąsiedztwa. Siedzimy we trzech. Jestem trochę obcy, ale oni  znają się od dawna, rozmawiają o jednym i drugim z okolicznych, śmieją się. "Dobrze znają mnie tu wszyscy – od trzydziestu sześciu lat na Mazowszu" – mówi Józek. Ma mnie zabrać do Muzeum w Górze Kalwarii. Czasem trudno umówić się na zwiedzanie tej dumy okolicy. Ale Józka wpuszczą zawsze razem z jego gościem. Dopilnuje tego, tym bardziej, że eksponatami są też prace Józka. Niech sam o nich opowie. Trochę się to na razie odkłada. Józek ma jakieś wizyty – dalsza rodzina, czy ktoś. Nie będę mu przeszkadzał.

Na razie żegnam się, plecaczek na plecy i kawałek leśną drogą. Potem autobus. Razem bliziutko. Idę, jadę i myślę o Józku – twarde chłopisko, nie poddaje się, stale aktywny, stale potrzebny, stale sobie radzi. Takie cechy mają ludzie pochodzacy z gór, choćby z Podkarpacia, wyrabia je twarde życie. Podobnego życia nie brakowało i na Mazowszu.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #podróże po Polsce #historia