Jakże niezgoda na śmierć była silna w niepozornym, szalonym rudzielcu. Tworzył, był malarzem, którego postimpresjonistycznych obrazów nikt nie kupował. A wywarł wielki wpływ na  malarstwo XX w. Czy ktoś z przyglądających się jego pracy potrafił powiedzieć, ze to postimpresjonizm? Chęć trwania, wyrażająca się twórczością, była zapewne podświadoma. Dopiero pod koniec życia został zaklasyfikowany jako postimpresjonista. Zaklasyfikowano styl jego deformacji – odbiegającej od realizmu – może niedaleko, ale ekspresyjnie. Jego technik, szczegółowo opisywanych przez dziesiątki specjalistów, jego cudownych kolorów. Tak  je widział. Barwnie i z radością. Takie spotkał w Arles na południu Francji. Były i wcześniej – szczególnie w rozświetlonych pejzażach z czasów paryskich. A może były w jego głowie? Zostawmy głowę, zostawmy podświadomość. Wcześniejsza ciemność w obrazach pewnie korespondowała z szukaniem własnej drogi  życiowej? Tworzył! Z potrzeby, z biedy, Vincent van Gogh przez całe życie był kontrowersyjny. Dziś trwa jego tryumfalny pochód przez świat. A reprodukcje słoneczników trafiły pod strzechy. Beletryzowana biografia, należąca kiedyś do kanonu szkolnych lektur, już samym tytułem podkreśla zakotwiczenie w życiu i niezgodę na śmierć.

Wystawa o wielkim znaczeniu

Do lektury wróciłem przed udaniem się na wystawę 'Vincent van Gogh Alive – The Experience'. Oczywiście rozszerzenie wiadomości o Wielkim Artyście dziś jest łatwiejsze niż w czasach, gdy książka była głównym źródłem zdobywania wiedzy. Temu ma służyć wystawa, która objeżdża centra światowe, będąc jednocześnie osiągnięciem technologicznym. Odwiedziła i Warszawę. Trwa od połowy listopada przy PGE Narodowym. Technologia jest multimedialną platformą o nazwie SENSORY4TM. Nie wiem na czym ona polega. Muszę posmakować czegoś nowego. Przywykłem do nabożnej ciszy muzeów. Lubię ją. Lubię smakować jeden obraz dłużej, inny krócej. Ale tu wszystko ma być dynamiczne. Połączone z muzyką. Warto spróbować. Warto dla  Wielkiego Artysty pójść inną ścieżką. Boję się trochę rozmiarów poszczególnych prezentacji. Słoneczniki to seria – było siedem obrazów tego cyklu (najsłynniejsze z Arles) – nigdy nie przekraczały rozmiaru 1 m. Przedstawienie ich na ścianie? Zupełnie inne wrażenia. A kolory? Nasycenie barwy? Pewnie to tylko moje wybrzydzanie, wszak ileż jest tu arcydzieł wielkiego Vincenta? Ile czasu zajęłoby zapoznanie się z nimi w macierzystych muzeach?

Zabójcze wrażenia z wystawy

Właśnie - zabójcza cena biletów. Rozumiem i nowoczesne technologie i przemieszczanie się wystawy, reklamę i wartości niemierzalne. Ale cena biletu jest po prostu ogromna. Tak, to jest  van Gogh. To musi kosztować, tłumaczę sobie. Nawet przy kontrowersyjnej dla mnie formie ekspozycji, choć jest ona coraz popularniejsza. Nie przeszkadza, że ciemno i mróz. Zwiedzanie trwa około godziny, zaś wystawa czynna do 21.00. Zwiedzających nie za dużo. Bo mróz, nie poszczęściło się organizatorom. Moje wybrzydzanie częściowo było uzasadnione: dzieła prezentowane w całości robiły, nawet przy powiększeniu, wielkie wrażenie. Ale powiększone detale? De gustibus… Wolę oglądać dzieło nieposiekane. Chociaż operowanie płaszczyznami dla tego rodzaju wystaw jest kanonem.

Wielki ciężar gatunkowy miały dla mnie rzucane na ścianę, pomiędzy obrazami, fragmenty listów van Gogha. Każdy fragment będący skończoną myślą. Czasem kontrowersyjną. Może bardziej przemawia do mnie słowo pisane? W dodatku w połączeniu z muzyką? A może obrazy już się opatrzyły nieco? Zestawienie jednak myśli będącej oryginalnym tworem artysty i dzieła malarskiego tegoż artysty, podpartych muzyką, daje niepowtarzalny nastrój poznawania idei. Organizatorzy wywołali u mnie ten nastrój - krążyłem po ciemnej przestrzeni, nie siadając ani na chwilę. Było mi mało ruchu na zawieszonych płaszczyznach i podłodze. Ach! Ten nagły spadek temperatury!

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Kultura Warszawa