Swoją politykę w kwestii nielegalnych imigrantów #Angela Merkel tłumaczy dwutorowo. Z jednej strony przedstawia siebie jako obrońcę praw człowieka, dającego dom i bezpieczeństwo uchodźcom z terenów objętych wojną. Drugi z powodów, dla których zdecydowała się nie ograniczać liczby imigrantów w Niemczech to ponoć fakt, że niemiecka gospodarka zwalnia i dramatycznie potrzebuje rąk do pracy. O tym, że założenia te były fałszywe od początku, możemy się przekonać obecnie (na szczęście my jako Polacy w znacznie mniejszym stopniu niż obywatele Niemiec).

Merkel oraz wspierające ją media i część europejskich polityków zwyczajnie i ordynarnie kłamią. Nie ma co się zatem dziwić, że niektórzy, myślący bardziej samodzielnie obywatele Niemiec i pozostałych krajów Unii Europejskiej zaczynają twierdzić, że działania niemieckiej kanclerz to już nie tylko głupota, ale część większego planu, który realizuje się właśnie na naszych oczach. Trudno bowiem uwierzyć, żeby tak doświadczony i wpływowy polityk jak Merkel nie przewidział tego, czym może się skończyć niekontrolowany napływ imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu - ludzi z zupełnie innej kultury i wyznania, dla których europejskie wartości czy dominująca w większości krajów Europy religia to wręcz zło, z którym trzeba walczyć.

Podziękujmy pani Merkel za konia trojańskiego

Polacy doskonale pamiętają rok 2007 i przystąpienie Polski do strefy Schengen. Ileż to wówczas epitetów posłali pod naszym adresem niektórzy europejscy politycy. Ileż to obaw było o to, że Polska nie będzie w stanie zapewnić szczelności swoich granic, a przez te nieszczelne granice na terytorium krajów Schengen i Unii Europejskiej przedostawać się będą nielegalni imigranci. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Polskie wschodnie granice pozostały szczelne i są kontrolowane nad wyraz dobrze. Okazało się za to, że unijne granice, o które tak bardzo obawiali się unijni decydenci, stanęły otworem dla praktycznie każdego, kto zechce te granice nielegalnie przekroczyć. Czyja to zasługa? Kto jest winien masowemu, niespotykanemu wręcz w historii napływowi nielegalnych imigrantów na terytorium Wspólnoty? Odpowiedź jest prosta - odpowiedzialność za obecny #kryzys uchodźczy ponosi w całości Merkel i niemiecka polityka imigracyjna.

Zwykli obywatele pamiętają doniesienia medialne z sierpnia ubiegłego roku, kiedy to na węgierskich dworcach i w kilku miejscach na granicy UE pojawiły się tysiące nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Maghrebu. To wtedy Merkel podjęła decyzję o tym, że Niemcy nie będą ograniczać liczby przyjmowanych uchodźców. Kolejne setki tysięcy z nich nie potrzebowały lepszego zaproszenia. Efekt - ponad milion nielegalnych imigrantów przybyło na terytorium Niemiec w ciągu dosłownie kilku miesięcy. O ich jakiejkolwiek kontroli nie ma nawet co mówić. A Merkel, mając za plecami marionetki - Junckera, Tuska, Schulza i innych, usiłuje podporządkować politykę imigracyjną UE swoim interesom, nie należy zatem spodziewać się, że w najbliższym czasie imigrancki chaos w Europie uda się opanować.

Brutalny imigrant dobry, ukraiński budowlaniec zły

Argument, że niemieckiej gospodarce brakuje rąk do pracy, to już najwyższa forma żartu z niemieckiego społeczeństwa. 90 % imigrantów nie ma żadnych kwalifikacji do pracy, zresztą pracować też im się specjalnie nie chce. Z kolei w latach 2014 - 2015 w Niemczech swoje wnioski o azyl złożyło około 7 tysięcy Ukraińców, którzy uciekli ze strefy walk w Donbasie i innych rejonach Ukrainy Wschodniej. Efekt? 95 % wniosków rozpatrzono odmownie, a ich autorów deportowano na Ukrainę. I w tych okolicznościach Merkel mówi, że imigranci to szansa dla niemieckiej gospodarki.

Ukraińcy (ale też obywatele innych państw) deklarują - jeśli Niemcy potrzebują rąk do pracy, to niech nam na tę pracę pozwolą. Jesteśmy z tej samej kultury, nie jesteśmy zagrożeniem. Niestety Merkel pozostaje głucha na te sygnały. A w jej deklaracje o braku rąk do pracy wierzą tylko najwięksi polityczni klakierzy.

źródło: wmeritum.pl #Unia Europejska