Niedawno przebywałem w Holandii w celach zarobkowych i zobaczyłem tą słynną europejską gościnność. W holenderskim prawie pracy są zapisy odnośnie wielkości lokalu, wynajmowanego przez agencję pracy pracownikowi. No cóż, pracowałem dla czterech holenderskich agencji (oczywiście za pośrednictwem polskich agencji pracy) i poznałem na własnej skórze, jak to wygląda od podszewki.

Prawo jest dla gospodarza

Wyjeżdżająca do pracy osoba podpisuje najpierw polską umowę, która informuje o tym, że pracownik będzie pracował w oparciu o prawo pracy kraju, do którego się udaje. Kolejną umowę podpisuje się z agencją holenderską i dopiero wówczas dowiadujemy się o stawce wynagrodzenia, cenach za najem bungalowu i ubezpieczeniu. Dopiero trzecia umowa jest zawierana z pracodawcą. Niestety nikt nie poucza pracownika o tym, jakie dokładnie ma prawa - bo po co? Ale największą paranoją jest to, że agencja pracy otrzymuje wynagrodzenie ponad dwukrotnie wyższe niż pracownik. Sam w jednym momencie wykonywałem pracę przez trzy agencje pośredniczące dla jednego pracodawcy. Czyli trzy agencje pracy zarabiały na tym, że ja pracuję.

Zamieszkaj i zostań

I właśnie o mieszkanie chodzi! Cudownie jest mieszkać w domkach letniskowych w październiku czy grudniu. Lecz najmilszą rzeczą w tych domkach jest brak ogrzewania w pokojach i tylko jeden, w dodatku uszkodzony piec gazowy w czymś co należałoby nazwać salonem. W takim kontenerze, bo mniej więcej taką wielkość ma barak, mieszkają zazwyczaj cztery dorosłe osoby. Holenderskie prawo pracy wspomina o wielkości pokoju dla pracownika, lecz żadna agencja pracy nie zwraca na to uwagi. Pokój dla jednej osoby powinien mieć co najmniej 10 m2 powierzchni, a nasze miały mniej niż 6 m2. Żeby było śmieszniej, to w środku nocy niemal dało się usłyszeć rosnący na ścianach łazienki grzyb. I za te atrakcje trzeba było zapłacić co tydzień 1/3 swojego wynagrodzenia. Dodatkowo - opłata za internet, którego nie było i wymagane, obowiązkowe ubezpieczenie. Na temat płacy godzinowej powiem tylko, że po odliczeniu opłat pobieranych przez agencję, tygodniowo zarabiało się pomiędzy 100 a 150 euro.

Pracuj lub żegnaj

Kolejną miłą rzeczą było traktowanie pracownika jak śmiecia, jak numerek. Plan pracy znajdował się na zestawieniu, publikowanym w internecie i już nawet nie pytam, jak się do niego dostać (skoro pomimo uiszczenia opłaty internet nie działał). Używaliśmy po prostu polskich kart z roamingiem lub doładowywaliśmy holenderskie karty, by mieć możliwość sprawdzenia planu pracy. Wyszło na to, że internet musieliśmy sobie zapewnić we własnym zakresie, mimo opłat. Zakrawało o paranoję to, że o godzinie 23 w niedzielę system Isabel nieoczekiwanie przełożył nam zmianę z 14 na 6 rano. O 8 rano przyjeżdża koordynator i pyta się czemu nie jesteś w pracy, a ty nie masz pojęcia, że powinieneś tam być. Masz 15 minut, aby się zebrać i pojechać rowerem do pracy, albo wylatujesz.

Skończyłeś zmianę

Kolejną miłą atrakcją jest to, że możesz skończyć zmianę o 4 rano i zaczynać następną o 6, przy czym do swojego baraku jedziesz średnio 40 min w jedną stronę. Pracując na nocne zmiany, nie możesz przekroczyć 40 godz. na tydzień. Po nocnej zmianie masz przynajmniej 14 godzin odpoczynku, a po 7 zmianach nocnych przysługuje min. 48 godz. odpoczynku (Broszura holenderskiego Ministerstwa Pracy). Tak wygląda szara rzeczywistość Polaków zagranicą. Trzeba pamiętać, że do 10 km od miejsca zakwaterowania do zakładu pracy, agencja pracy nie musi pracownikowi załatwiać transportu. Dlatego Polak jeździ rowerem niezależnie od pogody. On ma być w pracy albo zostanie zwolniony.

Uciekaj póki możesz

Moja przygoda z Holandią skończyła się w dniu, w którym około 1200 Syryjczyków miało zamieszkać w tym samym ośrodku, co Polacy. Dodam tylko, że mieszkało tam wówczas ponad 1500 Polaków, około 300 Litwinów i ponad 100 Rosjan. Było tam bardzo wiele nieciekawych osób i nie polecałbym się tam kręcić po nocy. Teraz zastanawia mnie, co się tam dzieje po zakwaterowaniu muzułmanów. #Unia Europejska #praca #Holandia