Pisałem już tu o tym, jak starano się na Zachodzie pomniejszyć znaczenie potwornych zbrodni Vietcongu. Stosowano karkołomną argumentację jakoby Amerykanie robili to samo. Tylko, że podobne, odosobnione wyskoki w wykonaniu wojsk alianckich, walczących w Indochinach, prędzej czy później wychodziły na jaw. Ich sprawcy, wsadzeni do aresztu i wzięci na warsztat środków masowego przekazu, stanowili odstraszający przykład dla innych.

 

Jeden z najjaskrawszych przykładów. Rok 1974. Czerwoni Khmerzy właśnie zaczęli zarzynać Kambodżę. James Fenton w „New Statesman” (7 III) twierdził, że to tylko Amerykanie spodziewają się krwawej łaźni, a Kambodżanie są zdania, że wyłącznie złodzieje z reżimu Lon Nola powinni obawiać się kary, ale cała reszta jakoś się urządzi pod nową władzą. Nie będzie to na dodatek wcale władza komunistyczna, ponieważ Czerwoni Khmerzy tylko tak się nazywają, a w ich szeregach jest wielu niekomunistow i mądrych ludzi. Korespondenci prasy zachodniej w oblężonej stolicy Phnom Penh nie brali poważnie opowieści uchodźców o wyczynach „wyzwolicieli”. Przypisywali je naciskom służb specjalnych „reżimu”.

W 1975 uchodźcy byli niewiarygodni i nasłani, ale w 2015 jest z nimi na odwrót

W Phnom Penh, pod koniec trwającego dwa lata oblężenia, było około miliona stałych mieszkańców. Dzięki żywności, dostarczanej przez Amerykanów i organizacje humanitarne (drogą powietrzną i po rzece) żyły tam dwa miliony uchodźców, prosząc o ratunek. Wtedy wolno było na nich wieszać wszystkie psy. Nie pojawił się też pomysł, że puste samoloty powinny ich zabierać do Europy czy krajów anglosaskich zanim zostaną wymordowani.

Wielka akcja policji – poszukiwanie myślowych zbrodniarzy

„Nie tylko Konwiczka drogo zapłaci za wpisy przeciw uchodźcom” – grozi swoim czytelnikom czeska prasa. Chodzi o Martina Konwiczkę – przywódcę Ruchu Przeciw Islamowi i jednego z organizatorów niedawnych marszów poparcia dla prezydenta Zemana. Jak można się dalej dowiedzieć z odnośnego artykułu, policja poszukuje jeszcze 122 innych autorów wpisów „o treści nawołującej do nienawiści względem jakiejś grupy” względnie prowadzi przeciw nim dochodzenie. Grozi im wszystkim kara od trzech miesięcy do trzech lat więzienia.

(Na příspěvky proti uprchlíkům nedoplatil jen Konvička. Policie přijala 122 udání, lidovky.cz)

Plan przypiłowania rogów Polakom

Stowarzyszenie przeciw antysemityzmowi i ksenofobii – to jego pełna nazwa – prowadzi dyżurną stronę, przyjmującą zgłoszenia w sprawie „internetowego hejtu”. Prokurator generalny Andrzej Seremet zapowiedział w telewizji ściganie sprawców tego deliktu. Na razie wspomagają ich w tym głównie nadzorcy „twarzoksiążki” Marka Zuckerberga, usuwając wpisy i blokując konta. To ostatnie spotkało na dniach Pawła Stanisława Stefaniaka, o którego działalności politycznej w Niemczech pisałem. Najnowsza blokada została uzasadniona wrzuceniem na stronę Pegida in Poland artykułu, zawierającego m. in. następujące zdanie: „Uchodźcy, którzy w większości są muzułmanami dostają rykoszetem za to, że ekstremiści islamscy są wyznawcami tej samej religii.”

("Jestem rasistą i ksenofobem". Czego można się o sobie dowiedzieć, gdy nawet lekko skrytykujesz imigrantów, natemat.pl)

Świat jak z powieści Orwella!

Powraca pytanie o to, czemu to wszystko służyło i służy? Oczywiście zdrowy rozum nakazuje jakoś śledzić osoby nawołujące do przemocy. Do prowadzenia dochodzenia i pisania aktu oskarżenia powinny jednak być jakieś poważne powody. Np. coś rzeczywiście podpalono. Nie zaś tylko to, że ktoś w niemądry sposób daje wyraz swojej frustracji.

 

Być może chodzi tu o wielką politykę. Układ trzymający władzę, który można określić jako korzystających z libertyńskiego bałaganu z pozorami demokracji, nie chce jej oddać. Próbuje więc zakłamać rzeczywistość i utrudnić ujawnianie coraz gorszej prawdy. Odpowiedzią nie powinno być idiotyczne poszczekiwanie i dążenie do tropienia lewaków w celu ich "likwidacji jako klasy” (hasło Stalina). Należy pomagać w ujawnianiu prawdy. Ona nas wyzwoli. #Wielka polityka #historia #kryzys uchodźczy