Byłem namawiany już od dawna. Przynajmniej od końca października. Jednak pęd życia... Czy można wszystko usprawiedliwiać pędem życia? Zdążyłem – by spełnić obowiązek każdego, kto czuje sztukę i kolory, kto pretenduje do jakiegoś wykształcenia, kogo Matka kiedyś prowadziła do Muzeów, a potem z tylu pieców jadł chleb. I Muzeów…

Przygotowania

Jak zwykle przed zwiedzaniem trzeba się przygotować. Wystawa jest olbrzymią, kilkumiesięczną machiną organizacyjno-edukacyjną, ale Muzeum Narodowe ma doświadczenie.

Kuratorkami są dwie panie: Anna Grochala i dr Joanna Sikorska. Pastel – technika delikatna. Może dlatego dwie panie. Może sztuka kobieca? Ale przecież wystawa to raczej mężczyźni? I jak potrafią uchwycić wnętrze kobiety. To wielka sztuka. Często oczy kobiety mówią wszystko. Wystarczy popatrzeć na Portret pani P. Teodora Axentowicza - jaki bezbrzeżny smutek, jakie  cierpienie.  Jan Rembowski w swych Bańkach Mydlanych  pokazał twarz kobiety – modelki. Uśmiech na ustach radosny, w oczach niepokój, może zaduma. Nie wszystko jest takie proste jak bańki mydlane. Pękają szybko. Nic bardziej niestałego. Czyżby kochała portrecistę?  A Luis Marteau wg Francoisa Bouchera i Alegoria rozkoszy. Znów niepokój w oczach. Niepokój jako konsekwencja rozkoszy? Aleksander Orłowski, którego pamiętamy z Pana Tadeusza, też malował portrety kobiet. I znów. Oczy mówią wszystko. I widać to na portrecie.

Wielka wystawa, wielka sztuka

Po takich przygotowaniach pobiegłem na mocno ograniczoną w czasie, bo zaledwie trzymiesięczną wystawę Mistrzowie pastelu. Od Marteau do Witkacego. Kolekcja Muzeum Narodowego w Warszawie. Wyjątkowa okazja do zapoznania się z kolekcją, która ze względu na wrażliwość arcydzieł, nie jest na co dzień udostępniana. Pobiegłem szukać cierpienia w oczach kobiet. Nie chodziło mi o historię sztuki, ani o techniki stosowania kredki i suchych farb. Przyznaję jednak, że przedstawienie sposobu pracy Wyczóła w Sali 6 – wprost w opisie na ścianie, było imponujące.

Ból istnienia znalazłem w oczach wielu portretowanych kobiet. Charakterystyczne – i oczywiste, że nie było go często w oczach młodych modelek. Tu raczej przeważała zwykle zalotność, choć nie było to zasadą. We wszystkich jednak salach (a było ich 7), wszędzie gdzie wisiały portrety kobiece – w oczach kobiet dojrzałych można było zauważyć to samo.

U Franciszka Żmurko, u Nieokreślonych pastelistów, u Lorenza Kreula starszego, Emilii Dukszyńskiej-Dukszty, Witolda Pruszkowskiego, Tytusa Maleszewskiego, u uznanego znawcy kobiet Teodora Axentowicza, oczywiście u Jana Rembowskiego (Portret Kazimiery Nehring), u Louisa Marina Bonneta (w tych dwu wypadkach jednak były to młode kobiety). Można zakrzyknąć, przyglądając się Portretowi Jadwigi z Czetwertyńskich Tyszkiewiczowej Kazimierza Mordasewicza – bogactwo szczęścia nie przynosi. Ile zamyślenia w pięknych autoportretach Olgi Boznańskiej. Najmniej podobały mi się dzieła dwudziestowieczne – np. Stanisław Ignacy Witkiewicz – nigdy za nim nie przepadałem.

Obrazów jest 250 – ich obejrzenie zajęło mi około półtorej godziny. Chyba za krótko.

Wystawa jest kolejnym osiągnięciem Muzeum Narodowego. Trwa już dwa miesiące i ciągle, jeszcze przed otwarciem bramy, ustawiają się czekające grupki zwiedzających, czasem przyjezdnych, z walizeczkami, by poznać wzruszające arcydzieła polskiego i europejskiego malarstwa.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Kultura Warszawa