25 października zmieni się w Polsce rząd i niezależnie od tego czy dalej szansę na kierowanie krajem będzie miała premier Kopacz oraz PO, to układ w jakim ewentualnie dane jej będzie to czynić, zmieni się.

Układ powyborczy

Ostatnie sondaże są niemiłosierne i nie dają żadnej z głównych partii możliwości samodzielnych rządów. Taka sytuacja umieściłaby zresztą Polskę w zupełnie innym systemie politycznym. Większość krajów Europy posiada rządy koalicyjne i tylko nieliczne mogą się cieszyć rządami większościowymi. Ostatnie badania dla "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej" potwierdzają dominację PiS-u, lecz nawet on będzie musiał poszukać sojuszników wśród mniejszych partii. Tak naprawdę od tego, które z nich, w jakiej ilości i kolejności dostaną się do parlamentu, zależy przyszły rząd. Wniosek z tego taki, że to wyborcy Kukiza, Korwina czy Zjednoczonej Lewicy decydują o tym, jak będzie wyglądać przyszłość polityczna polski.

Co oznaczają te wybory?

Od kilku lat mówi się, że wreszcie osiągnęliśmy w Polsce system dwupartyjny, postrzegany przez część komentatorów jako ideał, pewnie z uwagi na anglosaskie wzorce. Prawda jest jednak taka, że do teraz raczej bliżej nam było do systemu z partią dominującą. Dopiero ewentualne przesunięcie władzy na prawo dokona „zamknięcia systemu”. Dotychczas Polacy zwyczajnie nie wskazywali, że dostrzegają na polskiej scenie dwie główne siły, którym gotowi są oddać władzę. Wskazywali tylko jedną – PO.

O zwycięstwie PiS nie decyduje znaczące przesunięcie w systemie wartości całego społeczeństwa, choć o konserwatywnym trendzie mówią od lat badania opinii publicznej. To nie tak, że w krótkim czasie wzrosła w Polsce ilość narodowych konserwatystów. PiS popierany jest przez ludzi kierującymi się przesłankami ekonomicznymi i stanem państwa. Fakt, że ludzie zniechęceni rządami Kopacz i szukający dla nich alternatywy przerzucają swoje głosy w pierwszym rządzie na drugą z największych partii na polskiej scenie politycznej, dowodzić może właśnie tego, że Polska osiągnęła system dwupartyjny.

Dominacja Solidarności

Wybory te przyniosą rzecz jeszcze ciekawszą. W 2005 r. władzę nad państwem przejęła postsolidarność, czyli ludzie, którzy swoją karierę polityczną jako aktywiści, często rozpoczynali pod sztandarami NZSS Solidarność lub w innych organizacjach antykomunistycznej opozycji, jeszcze w latach 80. Pod tym względem 2005 r. nie był tak wyjątkowy. Wcześniej mieliśmy bowiem rządy AWS i Lecha Wałęsę jako prezydenta. Jak się jednak później okazało, co dobitnie ukazał los zapomnianego dziś już kompletnie LiD-u (kto jeszcze potrafi rozwinąć skrót?), ów pamiętny rok wyeliminował postkomunistów z gry o najwyższą stawkę. Jedyne co im pozostało od tego czasu, to być koalicjantem którejś z postsolidarnościowych partii. Po 2005 r. to ludzie dawnej Solidarności i prężnego, gdy chodzi o przejmowanie kadr, Niezależnego Zrzeszenia Studentów powoli i systematycznie przejmowali instytucje w kraju.

Polska postsolidarnościowa

Fakt ten nie dokonał się przy dźwięku fanfar, co sprawia, że można go było przeoczyć. Oczywiście nie obyło się bez licznych „mezaliansów”, szczególnie za rządów Tuska, ale postkomuna działa dziś tylko jako sojusznik, a nie lider. Dlaczego tak się stało? Powodów jest wiele, ale sądzę, że jednym z ważniejszych jest to, że „Solidarność” posiadła siłę dziedziczenia. To znaczy młodzi ludzie, wchodzący do polityki, chętniej czynili to pod sztandarami wywodzącymi się z dawnej opozycji, niż dawnej władzy. Postkomuniści, mówiąc nieco językiem naukowym, są aksjologicznie i symbolicznie nieatrakcyjni. Jeśli w najbliższych wyborach PSL i SLD (w zmutowanej „zlewowskiej” formie) nie wejdą do Sejmu, oznaczać to będzie symboliczny koniec Polski postkomunistycznej i początek Polski postsolidarnościowej.

źródłą: wyborcza.pl, rp.pl #wybory parlamentarne #wybory 2015